Konferencja #PracujzGłową otwierająca pracowniczą odsłonę kampanii #NASZAwtymGŁOWA
Serdecznie zachęcamy do obejrzenia konferencji inaugurującej kampanię edukacyjno-społeczną #PracujzGłową na rzecz zdrowia psychicznego pracowników oraz pracodawców.
Czy da się pracować zdalnie i przy tym nie zwariować?
Marcin Olkowicz, przewodniczący Rady Edukacyjnej SAR, jest przekonany, że praca zawodowa to nie tylko Excel, tabelka i zysk, ani żadna procedura. To zestaw często nieuchwytnych relacji, więzi, zdarzeń, sytuacji, które powodują, że w pracy dobrze się czujemy.
Posłuchaj podkastu
Przeczytaj wywiad
Jak szukać szefa i znaleźć wymarzoną pracę
O poszukiwaniu swojego miejsca w zawodowym życiu oraz o tym, jak ważne mieć dobrego szefa opowie Marta Kirszling, twórczyni programu "Szukam Szefa"
Posłuchaj podkastu
Spotkanie live z okazji Międzynarodowego Dnia Walki z Depresją
Serdecznie zachęcamy do obejrzenia spotkania live z okazji Międzynarodowego Dnia Walki z Depresją. Podczas spotkania zapytaliśmy się naszej ekspertki - Katarzyny Grott z Warszawskiego Ośrodka Psychoterapii i Psychiatrii - czym dokładnie jest depresja, jakie są jej pierwsze objawy oraz jak rozpoznać depresję w swoim otoczeniu.
Jaki jest wpływ pandemii na świat sportu oraz jak sport wpływa na radzenie sobie w czasach pandemii - rozmowa z Julianną Czapską, psychologiem sportu
Bartosz Lewicki: Sport to zdrowie. Ale czy w czasach COVID-19 można łączyć sport i zdrowie?
Julianna Czapska: Jak najbardziej, to się nie zmienia. Jednak sport jest bardzo ważnym aspektem tego, żeby utrzymać zdrowie fizyczne i również psychiczne.
B.L.: Są jakieś specjalne ćwiczenia, dyscypliny, które bardziej pomagają zachować nam to zdrowie? Nie pójdziemy raczej na basen, na siłownię, tańce i tego typu aktywności też odpadają. To co robić?
J.C.: Warto, żeby to było coś, co możemy robić w domu czy w przestrzeni obok domu przez przynajmniej dwadzieścia minut. I żeby sprawiało nam to przyjemność. To jest bardzo ważna podstawa, żeby to była aktywność, która w jakiś sposób sprawia, że ją lubimy, że jest nam dobrze podczas jej wykonywania, że mamy z tego fun i że chce nam się ją robić. W końcu poza tym, że sport jest dla zdrowia, to może też być dla przyjemności, odpoczynku i oderwania się od siedzenia tyle godzin przed komputerem w pracy czy w domu. Warto obecnie potraktować to jako moment na spędzenie wolnego czasu w domu. Poza tym zależy jaki mamy nastrój: jeżeli potrzebujemy bardziej się wyciszyć, uspokoić – to proponuję wszelkie ćwiczenia oparte na jodze, rozciąganiu się, wsłuchaniu się w swoje ciało. To jest na pewno bardzo przydatny nurt i kierunek, żeby poczuć się bardziej zrelaksowanym, a przy okazji poćwiczyć i dać ciału poruszać się oraz odpocząć. Inny kierunek, który też polecam, jest związany z ruchem i aktywnością cardio. Bieganie, ćwiczenie, tańczenie – różnego rodzaju rzeczy, które związane są z aktywnością, gdzie się spocimy, wybiegamy. Warto wspomnieć, że stres jest czymś, co warto wybiegać, wyrzucić z siebie. To są takie dwa kierunki oraz podpowiedź, żeby to było coś pozytywnego i coś, co lubimy robić.
B.L.: Mieliśmy zakaz wstępu do lasu. Osoby, podczas ważnych konferencji prasowych, mówiły, że można się wstrzymać z bieganiem czy z aktywnością fizyczną. Zamknięte są siłownie i inne miejsca. Czy to nie spowoduje, że duża część Polaków będzie zniechęcona do uprawiania sportu i do odstresowania się w ten sposób?
J.C.: Wydaje mi się, znając Polaków, że może mieć to wręcz odwrotny skutek, czyli taki, że skoro coś jest zakazane, to tym bardziej się chce. Ale odstawiając żarty na bok – wydaje mi się, że zamknięto różne pomieszczenia do treningów, czy to siłownie czy baseny, ale wciąż mamy jakieś alternatywy, wciąż można ćwiczyć w domu. Na szczęście lasy były zamknięte przez chwilę. Jak najbardziej warto wychodzić na zewnątrz i uprawiać sport na świeżym powietrzu. Bycie na zewnątrz, poza domem, w nowym otoczeniu, jak się da to w naturze, ma walory uspokajające, regenerujące. Sam ruch jest zdrowy i potrzebny na co dzień, przynajmniej dwadzieścia – trzydzieści minut aktywności.
B.L.: Czyli narciarstwo nie pasuje do tego opisu?
J.C.: Na szczęście są wciąż możliwości typu skitury, czy biegówki. Może rzeczywiście nie ma co zbierać się tłumnie w jednym miejscu na jednym, krótkim stoku czy kolejkach do wyciągu, ale na pewno pobudza to kreatywność i warto z niej czerpać i szukać alternatyw.
B.L.: Czy Ty, jako Julianna, czujesz się bezpiecznie w czasach pandemii?
J.C.: Odnalazłam się – to na pewno. Pandemia nauczyła mnie lepiej układać swój dzień i codziennie mieć czas na pracę, relaks, sport, czas z bliskimi czy to on-line czy prywatnie. Czuję bezpiecznie.
B.L.: Uprawiasz sport?
J.C.: Tak, uprawiam sport niszowy, który się nazywa: ultimate frisbee. Jest to sport drużynowy, gdzie rzuca się dyskiem i grają chłopaki z dziewczynami na jednym boisku. Niestety obecnie ograniczenia nas dotykają i też w tym momencie nie trenujemy wspólnie. Mamy jednak alternatywy: możemy biegać, co jest ważne dla naszego sportu, ćwiczyć siłowo – nawet w domu, gdzie ćwiczenia można wykonywać w domu bez ciężarów, tylko po prostu z własnym ciałem. Jedyne, czego brakuje, to turniejów i zawodów.
B.L.: Igrzyska olimpijskie – nie było. Mistrzostwa w piłce nożnej – nie było. Różne zawody, na różnych poziomach są odwoływane albo bardzo ograniczane. Jak to wpływa na sportowców?
J.C.: Bardzo różnie. Pokazują się różnice indywidualne między sportowcami w takich sytuacjach. Jak sobie radzą z niespodziewanym kryzysem. Bo to jest kryzys w świecie sportu. Odwoływanie zawodów co chwila, nie wiadomo, jaki będzie przyszły sezon – to występuje niemal w każdej dyscyplinie w tym momencie. Świat sportowy zachwiał się i różnie sobie radzi. Zawodnicy, sportowcy korzystają z tego czasu, żeby odpocząć, nadrobić czas wolny, którego zazwyczaj nie mają. Czas z bliskimi, czas na rozwój i studia. Widzą w tym jakąś szansę, żeby sobie poukładać to, na co nigdy nie mają czasu. Wbrew pozorom to może wpłynąć nawet na nich dobrze, lepiej, niż by się spodziewano, bo mogą lepiej zarządzać czasem.
B.L.: Jak pandemia wpływa na taką rutynę treningową? Na przystosowanie ciała do wysiłku, rozbudowywania się?
J.C.: No tu właśnie potrzebna jest kreatywność i alternatywne sposoby trenowania. Żeby nie wyjść z tej rutyny treningowej, to na pewno przydatne są treningi w innej formie niż zazwyczaj. Jeśli nie można jeździć na nartach, to siłownia, rower, czy inne treningi, które pomagają w rozwoju narciarskim. Inna rzecz à propos rutyny, to żeby zachować ustalony rytm. Wstajemy o regularnej porze, cały nasz dzień jest zaplanowany, wiemy, kiedy i co robimy, mamy dietę i odpowiednią ilość snu. Nie zostawiamy tego przypadkowi. To jest ważne dla sportowców, żeby dalej o to dbać, żeby nie wypaść z tej rutyny treningowej.
B.L.: Czy obecna sytuacja powoduje, że masz więcej, czy mniej klientów/pacjentów?
J.C.: Ja bym powiedziała klientów. Myślę, że wzrasta ogólne zainteresowanie psychologią sportu. Trochę trudno powiedzieć, czy jest to spowodowane bezpośrednio przez pandemię, czy ostatnie sukcesy Igi Świątek, czy po prostu tym, że rośnie świadomość, że istnieje psychologia sportu, która jest czymś, co pomaga sportowcom. Tak, czy inaczej klientów przybywa. Często jest tak, że numer do psychologa miało się od pół roku czy roku, a dopiero zadzwoni się w jakimś konkretnym momencie, kiedy już wszystko się zbiera i chce się zadzwonić. W trakcie spotkań tych obaw wynikających z pandemii pojawia się często.
B.L.: I czego dotyczą najczęstsze lęki?
J.C.: Najczęściej tego, że nie będzie jednak tych najważniejszych zawodów w sezonie, bo zostaną odwołane. To wywołuje różne problemy: z motywacją do treningów, ze strachem i lękiem oraz zagospodarowaniem wolnego czasu. Inna sprawa, to że nagle wszyscy musieli zamknąć się w domach, w tym również zawodnicy, którzy zazwyczaj są w rozjazdach, na zgrupowaniach, na treningach, zawodach. Niespodziewanie zostali zatrzymani w miejscu. Myślę, że dużym wyzwaniem dla nich jest to, że nagle są w bezruchu, mają nagle nadmiar czasu i jak mają nad tym zapanować.
B.L.: Czy sportowcy boją się zarażenia koronawirusem?
J.C.: Powiedziałabym, że różnie. Tak, jak u nas – w społeczeństwie polskim. Myślę, że z jednej strony jest duże przeświadczenie, że przez to, że uprawiają sporty, to są silni, odporni, nie mają się czego obawiać. Z drugiej strony jest ta obawa, że jednak konsekwencje, późniejsze powikłania COVID-19 są bardzo różne. Już słychać o przypadkach zawodników i zawodniczek, którzy nie mają takiej dobrej wydolności, jak wcześniej. Nie są w stanie powtórzyć swoich rekordów i być może będą musieli przez to zrezygnować z kariery sportowej. Myślę, że w środowisku jest bardzo ambiwalentne podejście, podobne jak w całym społeczeństwie. Z jednej strony na pewno dbają o siebie i starają się nie ryzykować, ale mają nadzieję, że są na tyle zdrowi i silni, że mają dobrą odporność.
B.L.: Jak oceniasz zawody sportowe, które czasami są teraz pokazywane, zupełnie bez kibiców?
J.C.: Jest to bardzo dziwny widok i na pewno nowy dla samych zawodników, bo sama społeczność kibicowska potrafi robić dużą różnicę w przebiegu zawodów. Pozwala czuć się pewniej drużynie, która podnosi się z trudnego momentu. To jest bardzo niecodzienna sytuacja, do której trzeba się przystosować. Kibiców nie ma, nagle jest trochę ciszej. Jest to po prostu kolejne nowe wyzwanie, do którego zawodnicy się teraz adaptują.
B.L.: Czy też zajmujesz się tego typu przestawieniem psychiki sportowców, że nie ma kibiców, nie ma kto im dopingować?
J.C.: Jest to jeden z elementów, nad którymi pracujemy ucząc się radzić sobie z czynnikami, które mają wpływ na to, jak nam idzie, ale my nie mamy na nie wpływu. Koronawirus zmusza do akceptacji, że nie na wszystko mamy wpływ. Trzeba się nauczyć z tym żyć, zaakceptować i skupić się na tym, co jest zależne od nas w tej sytuacji. Wbrew pozorom ta akceptacja jest często poważnym wyzwaniem dla sportowca.
B.L.: Jak sądzisz, jak globalnie wpłynie pandemia na kształt sportu zawodowego lub takiego zaawansowanego amatorskiego? Pewnie trochę strachu nam pozostanie, pewnie się trochę przetasuje na szczycie, jeśli chodzi o liderów, pewnie niektóre rzeczy ulegną zmianie. Jak przewidujesz, co się wydarzy w sporcie?
J.C.: Wolę nie przewidywać, bo to jest bardzo trudne. Ale wszyscy jesteśmy ciekawi. Może być tak, że jedne dyscypliny sportu zaczną się teraz rozwijać dużo szybciej. Te, których pandemia aż tak bardzo nie dotknęła.
B.L.: To znaczy?
J.C.: Np. tenis cały czas dobrze się rozwija.
B.L.: No poza tymi imprezami organizowanymi przez Novaka Djokovica.
J.C.: No tak, to był nieudany turniej. Ale ogólnie tenis ma się dosyć dobrze. Myślę, że sporty indywidualne mogą rozwijać się coraz lepiej. Niektóre sporty niszowe, niestety, mogły na tym bardzo ucierpieć podczas tej pandemii. Gdzieś liczyły na swój rozwój, że będą miały finansowanie, kibiców, a na ten moment, to wszystko jest wstrzymane. Z drugiej strony ludzie lubią sporty drużynowe. Po braku kontaktu z innymi będą bardziej chcieli być wśród ludzi i grać w zespole. Ale obecnie trudno przewidzieć, które sporty będą dalej rozwijać się, a które mniej.
B.L.: Ale można przewidzieć, że pandemia namiesza w świecie sportu?
J.C.: Tak. Na pewno już zmieniła podejście trenerów, organizatorów sportu i zawodników do tego, że nie wszystko, co jest zaplanowane, jest pewne. Tak, jak kiedyś nam się wydawało, że jest harmonogram na sezon, to tak jest i będzie. Teraz uczymy się coraz większej elastyczności i staramy się bardziej patrzeć na cele krótkoterminowe. Przestawiamy myślenie na czym opierać motywację i na czym koncentrować się w sporcie. Zmiany będą na pewno. Już są widoczne.
B.L.: Jak szukać motywacji w czasach pandemii? Zarówno dla amatorów jak i dla profesjonalistów?
J.C.: To jest akurat plus pandemii, że wracamy przez nią do motywacji bardzo wewnętrznej, opartej na tym, że robimy coś, co kochamy i trenujemy daną aktywność dla samej aktywności i przyjemności, którą z niej czerpiemy. Nagle się okazuje, że pasja do sportu, to coś, co najlepiej napędza sportowców w takiej niekontrolowanej sytuacji. Ciężej jest tym, którzy byli bardziej ukierunkowani na sam wynik, puchary i tytuły. Nie wiedzą, co się wydarzy, czy zawody się odbędą i czy będą wtedy w szczytowej formie. Wbrew pozorom motywacja bardziej pierwotna, oparta na naszych pozytywnych emocjach do aktywności jest najsilniejszą i bardzo pomaga w tych trudnych czasach. Było już o tym wiadomo z badań, ale obecnie potwierdza się to w praktyce.
B.L.: Czyli, im bardziej jesteśmy zaangażowani, lubimy ten sport od dziecka, mamy dobrego trenera, rozsądnych rodziców i być może wsparcie psychologa w tych najmłodszych latach, tym ta motywacja wewnętrzna w nas rośnie i mamy większe szanse na późniejsze mistrzostwo w nawet tak niesprzyjających warunkach?
J.C.: Na to wskazują badania i przykłady ze świata sportu, z igrzysk. Zawodnicy, którzy dochodzą do poziomu mistrzowskiego, Ci, którzy utrzymują się tak długo w sporcie, robią to z wielkiej pasji do danej dyscypliny. Okazuje się, że na ich sukcesie zaważyło, że mieli sieć wsparcia – rodziców i trenerów. Że nie napierano na nich, na wynik od dziecka, tylko zachęcano, żeby robiły to, co lubią i rozwijały się w swojej dyscyplinie. Kiedy rozwijają swoje kompetencje, czują, że to jest ich sport, ich wybór i spełnione są ich potrzeby relacji – to powoduje, że chcą zostać w tym sporcie, by dalej trenować i dochodzą do tego mistrzowskiego poziomu.
B.L.: I COVID-19 w tym nie przeszkadza?
J.C.: Myślę, że, tak jak wspomniałam wcześniej, jest to dodatkowy czynnik, do którego trzeba się przystosować i zaadaptować. Jeżeli mamy silną wewnętrzną motywację, a sport jest dla nas czymś więcej, niż tylko wynikami i zawodami, jest wartością samą w sobie, to zostajemy w nim, mimo że jest pandemia, i że jest ciężko.
B.L.: Czy COVID-19 będzie filtrem, który zostawi sportowców najbardziej zakochanych w sporcie?
J.C.: Tak naprawdę zobaczymy, przekonamy się. Dopiero mija pierwszy rok z koronawirusem. Zobaczymy, czy igrzyska się odbędą, te przełożone na 2021 rok. Jest jeszcze tyle niewiadomych. Z pewnością może być to filtr mający wpływ na to, kto się utrzyma, kto zostanie, a kto odpuści i zrezygnuje, bo się okaże, że sport, któremu poświęcił tyle lat, nie jest już taki pewny. Rzeczywiście może się okazać, że posiadanie celu samego w sobie, jakim jest trening oraz miłość do danej dyscypliny mogą być silniejsze, niż to, że się trenuje dla wyników i sukcesów materialnych.
B.L.: I informacją o tym niespodziewanym efekcie COVID-19 w sporcie kończymy rozmowę z Julianną Czapską, psychologiem sportu. Dziękuję bardzo.
J.C.: Dziękuję.
Posłuchaj podcastu z Julianną Czapską
Tajniki zawodów zgłębiających meandry ludzkiego umysłu - rozmowa z dr n. med. Magdaleną Namysłowską z Warszawskiego Ośrodka Psychoterapii i Psychiatrii
Bartosz Lewicki: Kiedy powinienem zgłosić się do psychiatry i umówić się na wizytę?
Magdalena Namysłowska: Wyobraźmy sobie, że dzieje się z nami coś takiego, co powoduje, że zaczynamy inaczej funkcjonować niż do tej pory przywykliśmy. Są takie różne obszary, które dotyczą naszej głowy, naszej psychiki, czasami mówimy też potocznie – naszej duszy, które mogą nas niepokoić. Wszystkie te stany, trwające dłuższy okres nieprzerwanie, każdego dnia ze zwiększającym się nasileniem. Dla depresji są to mniej więcej dwa tygodnie, w których warto by było skonsultować z psychiatrą.
Jakie muszą być spełnione kryteria, żebyśmy szukali właśnie pomocy u psychiatry? Jeśli mamy pewne wątpliwości, czy dobrze funkcjonujemy i to co odczuwamy jest dla nas prawidłowe i w granicach normy, możemy się udać na wstępną rozmowę do psychologa, gdzie nie będziemy czuli, że jest to od razu wyjście do lekarza. Nad wizytą u psychiatry powinniśmy się zastanowić, jeżeli wyraźnie czujemy obniżony nastrój. I albo jest to odbierane subiektywnie, czyli mamy uczucie smutku, często wewnętrznej pustki, braku chęci do życia, nie powstają w naszych głowach przyjemne myśli, albo inni domownicy mówią nam, że coś się z nami złego dzieje, pytają nas dlaczego płaczemy, dlaczego się nie włączamy do codziennego życia. To jest taki moment, w którym dostajemy sygnał i od siebie wewnętrznie i od domowników, że coś się z nami dzieje. To dotyczy obniżonego nastroju, ale to tylko jedna ze składowych.
Kolejne symptomy, które są ważne, to np. jeśli obserwujemy, że coś się dzieje z naszym snem. Czyli śpimy bardzo nadmiarowo, nie możemy się dobudzić rano, w ciągu dnia mielibyśmy ochotę wracać do łóżka. Albo wręcz odwrotnie – idziemy spać, nękają nas bardzo silne myśli, długo nie zasypiamy, a gdy już zasypiamy, to wybudzamy się po paru godzinach. Kolejnym, ważnym elementem, który dołącza się do tej całej listy objawów, które mogą nam potem wskazywać, że jest potrzebna pomoc psychiatry, to brak aktywności psychoruchowej. To czasami może być tak, że rzeczywiście nie jesteśmy w stanie zrobić nawet tak prostych czynności, jak umycie się, czy zrobienie sobie śniadania. Czy też w niektórych momentach mamy energię, ale taką negatywną, która jest bardziej związana z niepokojem psychoruchowym. Chodzimy zaniepokojeni po mieszkaniu albo musimy gdzieś wyjść, nie możemy usiedzieć na miejscu i to też nam pokazuje, że coś się z nami dzieje, czego możemy jeszcze nie kojarzyć z tym, że dotyczy to naszej psychiki.
Poza tym, to są różne nieprzyjemne myśli, które nam przychodzą do głowy, że nic nas w życiu już dobrego nie czeka, że na pewno nas zwolnią z pracy, że nie będziemy mogli rozmawiać z naszymi najbliższymi, i że oni na pewno mają jakieś pretensje do nas, że my nic nie jesteśmy w stanie zrobić, że jesteśmy nie warci tego świata. Oczywiście te myśli mogą bardzo daleko eskalować, łącznie z tym, że przestajemy widzieć sens do dalszego życia i na pewno jest to taki moment, który bezwzględnie powinien nam mówić o tym, że warto jest odwiedzić psychiatrę.
B.L.: To nie jest tak, że jak mamy tego typu myśli, to myślimy: no, ale taki psychiatra też mi albo nie pomoże albo od razu uzna mnie za wariata, więc to dołoży do tego całego garnituru moich negatywnych uczuć i myśli na swój temat jeszcze jedną cegiełkę i trochę wpadamy w samonapędzające się koło.
M.N.: Cieszę się, że o tym możemy swobodnie rozmawiać, bo chciałabym trochę przybliżyć, czym jest ta konsultacja psychiatryczna. To jest najważniejsza rzecz, żeby Państwo zaczęli o tym inaczej myśleć. Kiedy przychodzi do mnie pacjent, to moim zadaniem jest przede wszystkim przyjrzeć się całej historii, którą opowie, spróbować zdiagnozować, to, co się u niego dzieje, ale przede wszystkim, wspólnie zastanowić się jak mu można pomóc. Zawsze mówię moim pacjentom, że ta wizyta jest dla nich. To nie jest tak, że ja mam przymusowo dać leki, bo tak uważam, czy koniecznie zdiagnozować chorobę. Oczywiście to są moje elementy pracy i to jest bardzo ważne, żebym dobrze diagnozowała, natomiast psychika człowieka jest bardzo złożona. Przychodzą pacjenci, których zdecydowanie będę namawiała do tego, żeby wzięli leki pomagające im zdrowieć. Są też tacy, których pokieruję na psychoterapię, albo z którymi porozmawiam i powiem, że to nie jest kwestia leków, tylko, że jest to kwestia innych problemów, które mogą być jak najbardziej naturalne. Że warto jest porozmawiać z kimś bliskim, np. z partnerem, bo problemy, które ujawniają się, czy nawet objawy depresyjne są w związku tym, że sypie się związek. Wizyta u psychiatry to zdecydowanie nie jest udowadnianie komuś czegoś na siłę, tylko pomoc w rozszyfrowaniu tego, co jest bardziej skomplikowane, co nie jest tak świetnie mierzalne. Bo nie mamy badań, które mogą od razu powiedzieć, że ktoś np. jest w depresji.
B.L.: W trakcie przeciętnej rozmowy podczas wieczerzy wigilijnej ludzie często i chętnie opowiadają, że mieli w tym roku operację serca lub kolana. Natomiast bardzo rzadko chwalimy się: w tym roku byłem dwa razy u psychoterapeuty, mój terapeuta mówi to i tamto. Nie stanowi to dla nas powodu do chwalenia się i dumy. Jak Pani myśli, dlaczego?
M.N.: Myślę, że jest to związane z różnymi rzeczami. Nie jest nam prosto mówić o naszych emocjach, odkrywać nasze wewnętrzne przemyślenia, doświadczenia, pewną naszą intymność. Naprawdę, nie jest prosto mówić o tym, co jest w środku, co jest kruche, co by wymagało bliższej interakcji z drugim człowiekiem. To nie jest takie łatwe rozmawiać blisko z drugim człowiekiem. Możemy rozmawiać, możemy wymieniać się informacjami o tym, co zrobiliśmy, gdzie poszliśmy, ale często to są dosyć powierzchowne konwersacje. Natomiast, jeżeli mamy powiedzieć coś o naszym zdrowiu psychicznym, o tym co nas martwi, przeraża, czy czymś, co nam zagraża, jak np. myśli rezygnacyjne, samobójcze, to jest bardzo trudny temat do otwierania się. Często nie jest to temat przy wigilijnym stole. Do tego trzeba mieć uważność drugiej osoby. Kiedy pacjenci przychodzą do mnie mają komfort, że ich słucham, zastanawiam się, daję przestrzeń. Bardzo często słyszę od nich, że małżonek, mama, ojciec nie chcą słuchać, mówią: weź się w garść, wszyscy musimy sobie jakoś radzić. To jest bardzo trudne i to jest jeden taki aspekt.
B.L.: Jeżeli ktoś nam mówi, że ma problemy z emocjami, uczuciami, to raczej nie mówimy mu: weź się w garść! Jesteś facet, to nie pękaj! Idź na spacer, przewietrz się, na pewno będzie Ci lepiej. To raczej nie skutkuje?
M.N.: Absolutnie nie. To jest chyba najgorsza rzecz, którą moglibyśmy powiedzieć. Natomiast nie tak trudno, tak mi się przynajmniej wydaje, jest powiedzieć: Słuchaj, a kiedy Ty się tak czujesz? Od jak dawna się tak czujesz? Opowiedz mi o tym, kiedy najbardziej to przeżywasz, czego to dotyczy, jak Ty sobie z tym radzisz. Czy potrzebujesz jakiejś pomocy? To są takie bardzo proste słowa, nie wymagające od nas żadnego profesjonalizmu, od nas, bliskich, tylko wymagające uważności.
B.L.: To jeszcze cofnijmy się o trzy kroki. Myślę, że dla dużej grupy osób jest to nie do końca zrozumiałe. Czym się różni zawód psychiatry, psychologa, psychoterapeuty, psychoanalityka. Czy to są zawody lekarskie, czy inne? Kiedy powinniśmy udać się pod ten adres, a kiedy pod inny?
M.N.: U nas w Polsce jest troszkę inaczej niż za granicą. To też jest ważne, bo często czytamy przetłumaczone książki z zagranicy i tam najczęściej psychoterapeuta, szczególnie w USA, będzie lekarzem psychiatrą. Natomiast w Polsce jest odwrotnie. Lekarz psychiatra kończy studia medyczne, jest jak najbardziej lekarzem i do niego należy diagnoza psychiatryczna pacjenta, czyli potwierdzenie lub wykluczenie objawów kwalifikujących do zdiagnozowania chorób i zaburzeń psychicznych albo czegoś mniejszego, nie wskazującego wcale na chorobę psychiczną, tylko na jakieś zaburzenie, na jakąś reakcję. Czyli psychiatra, to jest ten, kto będzie wystawiał leki, może wystawić zwolnienie, skierowanie. Natomiast część psychiatrów kończy oddzielne studia psychoterapeutyczne. To są długie, czteroletnie studia. Potem pracuje ze swoimi pacjentami pod superwizją, zdaje egzaminy. W związku z czym mamy w Polsce psychiatrów, którzy są również psychoterapeutami. Więc łączy jedno i drugie. Natomiast najwięcej psychoterapeutów to osoby, które kończą studia psychologiczne i specjalizują się potem w psychoterapii, dokładając też studia psychoterapeutyczne, osiągając potem poziom certyfikacji swoich umiejętności.
Wymienił Pan psychoanalizę. To są oddzielne studia. W ramach studiów psychoterapeutycznych, można przejść najdłuższy, najpotężniejszy, najgłębszy cykl seminariów, studiów psychoanalitycznych i zostać psychoanalitykiem. Najmniej ludzi wybiera na sposób przyglądania się sobie właśnie psychoanalizę. To jest bardziej dla psychoterapeutów, którzy chcą głębiej siebie poznać, chociaż jest też grupa pacjentów, która ma czas i finanse i także decyduje się na taką pracę. Jest to bardzo specyficzny i głęboki sposób pracy. Fantastyczny, jeżeli ktoś sobie na to może pozwolić. Natomiast psychoterapeuci najczęściej są po szkołach psychodynamicznych, systemowych, Gestalt, Ericksonowskich. Psychoterapeuta, co jest ważne, jak najbardziej będzie diagnozował i to jest ważny element, bo musi wiedzieć z kim rozmawia i z czym pacjent przychodzi, ale psychoterapeuta nie może przepisać leków, nie może wystawić żadnego skierowania. Do tego musi odesłać pacjenta do psychiatry.
B.L.: Czy potencjalny pacjent samodzielnie podejmuje decyzję czy skierować się do psychiatry, psychoterapeuty czy do psychologa? Czy powinienem pierwsze swoje kroki skierować do lekarza, czyli psychiatry, który powinien mnie pokierować i zastanowić się czy dać te magiczne pigułki? Czy to jest pierwszy krok, który powinienem wykonać?
M.N.: To jest bardzo trudne pytanie. Nie można na to prosto odpowiedzieć, bo to jest trochę tak: jeżeli nie ma jakichś wielkich zmieniających sytuacji zewnętrznych, które nagle zmieniają nasze życie, mam na myśli sytuacje, które nie są związane ze śmiercią, z gwałtowną zmianą pracy, z dużymi problemami w rodzinie, czy np. dużym awansem w pracy. Jeżeli nie ma takich czynników zewnętrznych..
B.L.: Przepraszam, awans też jest nas w stanie doprowadzić do depresji lub stanów lękowych?
M.N.: Tak, dla niektórych ludzi nie tylko awans, ale nagła zmiana stylu życia. Np. dostajemy duży spadek i jesteśmy w stanie kupić niesamowite mieszkanie – coś się dla nas gwałtownie zmienia. Wbrew pozorom, to też jest taki stan, w którym możemy się pogubić, pomieszać, może coś się z nami zadziać niedobrego i może to w efekcie poprowadzić do depresji. Bardziej popularnym stanem jest to, jak dostaliśmy nagle gigantyczny awans i zaczyna nas ogarniać przerażenie, że jest to coś ponad nasze siły, że sobie nie poradzimy, że udało nam się to dostać fuksem. Zaczynają pojawiać się takie myśli związane z tym, że sobie nie damy rady i na to nie zasłużyliśmy, a z drugiej strony może się dołączyć duża ilość nowych obowiązków i te dwie rzeczy się kumulują i mogą być dla nas bardzo dużym stresem.
B.L.: Co na początek? Psychiatra czy psychoterapeuta?
M.N.: Jeżeli np. długo nie śpimy – dziesięć dni, to naprawdę powinniśmy się zaniepokoić. Nie regenerujemy się i to bardzo szybko może zaburzyć nasze funkcjonowanie. Wtedy absolutnie pójdźmy do lekarza psychiatry, bo może on dosyć szybko wdrożyć początkowo krótkotrwałe leczenie, które będzie leczyło zaburzenia snu i może bardzo pacjentowi pomóc. Jeżeli mamy z kolei problemy w małżeństwie, w rodzinie lub inne problemy relacyjne, to pójdźmy do psychoterapeuty, bo może to nie wymaga żadnego leczenia, a ważne by było, żeby z kimś o tym porozmawiać. Zresztą to, co jest ważne, to, że dobrzy psychoterapeuci, którzy widzą, że coś u ich pacjentów ich niepokoi, mówią: My możemy spotykać się, możemy o tym rozmawiać, ale bardzo ważna jest wizyta u psychiatry. Oczywiście wszystkie momenty, kiedy zaczynamy bardzo źle funkcjonować, czyli: nie wstajemy z łóżka, nie myjemy się, nie mamy apetytu i trwa to np. dwa tygodnie, a do tego dołączone są negatywne myśli, myśli rezygnacyjne, mogą być nawet zwiewne myśli samobójcze, to absolutnie idźmy do psychiatry. Porozmawiajmy z psychiatrą, to może być jednorazowa konsultacja i dopiero wspólnie zastanowimy się nad lekami.
B.L.: Rozumiem, że jest szersze spektrum problemów, z którymi osoby kierują się po profesjonalną pomoc psychologiczną, psychiatryczną. Jakie są to podstawowe jednostki, na które powinniśmy zwrócić uwagę?
M.N.: Jedna grupa, to są zaburzenia, które dzieją się wokół nastroju i są to początkowo epizody depresyjne. Taki epizod depresyjny może być częścią, jeśli będzie nawracał, zaburzeń depresyjnych nawracających, może być częścią dużej grupy chorób psychicznych, zwanych zaburzeniami afektywnymi dwubiegunowymi. To jest coś odrębnego, wtedy, kiedy okresowo mamy obniżony nastrój, potem ten nastrój przez jakiś czas może być wyrównany, ale obserwujemy też u siebie znacząco podwyższony nastrój tzw. nastrój hipomaniakalny lub maniakalny i jest to nastrój nadmiarowo podwyższony, czyli nastrój, gdy jest nam za dobrze, za wesoło, czasami też może być drażliwość. Tu mamy grupę chorób związanych z afektem, czyli z nastrojem.
Kolejna grupa chorób psychicznych – to zaburzenia psychotyczne, które mogą w dalszym etapie być zdiagnozowane jako schizofrenia. To jest duża, różnorodna grupa. Mam wrażenie, że teraz może być taki okres, gdzie pojawi się więcej osób z tzw. ostrymi psychozami, czyli osób, które zaczynają w głowach myśleć, że ktoś ich prześladuje, na nich wpływa, oddziałuje albo są jakieś magiczne moce. Dlaczego mówię, że to może być teraz związane z obecnym okresem? Bo wszyscy wiemy, że część osób ma takie podejrzenia, że cała pandemia jest udawana, że szczepionki są po to, żeby wpuszczać ludziom do organizmu czipy, mechanizmy kontroli.
B.L.: Tak jest, czy tak nie jest?
M.N.: Tak oczywiście nie jest. (śmiech). Absolutnie tak nie jest, ale rzeczywiście jest taka grupa osób, u których pandemia bardzo uruchomiła dużo objawów lękowych, które już wykraczają poza poziom lęku i są myślami pre-psychotycznymi, czyli np. ktoś na mnie oddziałuje, ktoś będzie mnie zmieniał, wpływał, zarządzał od czego trzeba się nadmiarowo chronić. Czyli wracając do różnych chorób psychicznych to mamy schizofrenię, choroby afektywne w tym różnego rodzaju depresje. W depresjach będą mieściły się zaburzenia depresyjne około menopauzalne, które też dotykają dużej grupy osób i są coraz częściej rozpoznawalne, kiedyś tak nie było. Nasze babki nie zastanawiały się nad menopauzą. Jest również depresja poporodowa. Potem jest cała grupa zaburzeń lękowych, począwszy od fobii poprzez ataki paniki, lęki uogólnione. Są problemy związane z zaburzeniami osobowościowymi i to jest grupa osób, która powinna zgłosić się do psychoterapeuty, bo tu nie leczymy tego lekami, tylko długoterminowo psychoterapią. Kolejną dużą grupą są uzależnienia i to jest oddzielny kawałek.
Trzeba też wspomnieć o zupełnie innej, oddzielnej grupie problematyki dotyczącej starszych ludzi – starszymi ludźmi zajmują się psychogeriatrzy. W Polsce stosunkowo mało osób starszych sięga po pomoc psychiatry, nie mówiąc już o rozmowach z psychoterapeutą. Jest też olbrzymia grupa specyficznych zaburzeń dotyczących dzieci i młodzieży. W ostatnich czasach, szczególnie w związku z pandemią i zdalną szkołą, coraz więcej młodych ludzi ma trudności z poradzeniem sobie w takich okolicznościach. Młodzież pozbawiona grupy rówieśniczej bardzo cierpi.
B.L.: Czyli jest bardzo dużo sytuacji, w których powinniśmy zwracać uwagę na siebie, swoje zdrowie psychiczne, emocje, lęki. Nie powinniśmy się bać iść prosić o pomoc, nie powinniśmy się wstydzić przyznać specjaliście, że ma się z czymś problem, tylko szukać tej pomocy i później działać zgodnie z zaleceniami terapeuty, psychoterapeuty, psychiatry czy psychologa. I dbać o to, żeby się czuć jak najlepiej i żeby otoczenie mogło z nas czerpać jak najwięcej dobrego i jak najmniej złego.
M.N.: To jest tak, że to nasze dobre samopoczucie psychiczne będzie nam pozwalało na to, żeby żyć dobrze na naszą miarę. Nie na miarę tego, kto, co od nas oczekuje. Każdy ma prawo do tego, żeby żyć dobrze, tak, jak sobie o tym pomyśli. To „dobrze” może być różne dla każdej osoby, ale rzeczywiście każdy ma prawo do takiego dobrostanu psychicznego i to jest ważne, żeby mieć to na uwadze. Po to można sięgać po pomoc. Nie musimy być wspaniali dla wszystkich, otwarci, ale bądźmy w równowadze ze sobą.
Posłuchaj podcastu dr n. med. Magdaleną Namysłowską
Pandemia COVID-19 może namieszać nam w głowach – rozmowa z Jagną Ambroziak z Warszawskiego Ośrodka Psychoterapii i Psychiatrii
Bartosz Lewicki: Pandemia jest sytuacją, która odcisnęła piętno na nas wszystkich, czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy sobie z tego sprawy nie zdajemy. Odcisnęła na nas zarówno piętno na zdrowiu fizycznym, jak i na psychicznym. I o tym aspekcie psychologicznym chciałbym dzisiaj porozmawiać z Jagną Ambroziak, psychologiem klinicznym i psychoterapeutą z Warszawskiego Ośrodka Psychoterapii i Psychiatrii. Jak Pani sobie poradziła i jak Pani sobie radzi z pandemią?
Jagna Ambroziak: Pewnie dokładnie tak, jak każdy przeciętny człowiek. Powiedziałabym, że przechodziłam przez różne fazy. Od ‘’to niemożliwe’’, fazy zaprzeczenia. Potem nastąpiły strach, rodzaj przygnębienia, aż po akceptację i znalezienie swojego sposobu na bezpieczne bycie w pandemii. To, co mi się wydaje, takie najokropniejsze – tutaj żyjąc w Polsce – w temacie pandemii, to, że nie mamy oparcia w naszych rodzicach.
B.L.: Co to znaczy?
J.A.: Rząd jako metafora rodziców, jest tak niestabilny ze swoimi poczynaniami, że myślę, że potwornie podbija poziom lęku społeczeństwa. Dyrektywy, które wydaje są niespójne. Moim zdaniem, to niesłychanie wpływa na to, jak się czujemy.
B.L.: Czy psychoterapeuta i psycholog w takiej sytuacji, która jest dużym i długotrwałym obciążeniem dla psychiki, ma łatwiej, czy trudniej?
J.A.: Trudno jest mi powiedzieć. Kusiłoby, żeby powiedzieć, że mamy łatwiej, ale to naprawdę zależy od momentu życiowego, w którym ów psycholog albo psychoterapeuta się znajduje. Wszyscy płyniemy w tej samej łajbie, na tej samej fali i sami również potrzebujemy jakiejś opieki, troski, wsparcia. Potrzebujemy po nią – w sposób odpowiedzialny – sięgać, żeby później móc oferować opiekę naszym pacjentom.
Muszę powiedzieć, że byłam mocno zdziwiona, bo mi się wydaje, że jestem w bardzo dobrej kondycji, natomiast byłam bardzo zaskoczona, obserwując, jak zareagowali na pandemię różni moi koledzy psychoterapeuci. Niektórzy z nich wprost mówili, że mają dużo mniejszą pojemność na pracę z cierpieniem pacjentów. Dużo energii im zajmuje ogarnięcie swojej własnej przestrzeni, swojego własnego niepokoju.
B.L.: A nie jest tak, że trafia do Pani więcej klientów - pacjentów?
J.A.: My mówimy zamiennie. Mówimy też pacjenci. Ja mam ograniczone godziny pracy i mam je dość wypełnione, więc rzeczywiście staram się poszerzać czasem grafik i konsultować więcej osób. Ale z tego, co widzę, to znacząco zwiększyła się liczba zapisów do psychiatrów.
B.L.: I to są kwestie związane z lękiem?
J.A.: Tak, to są różnego rodzaju stany lękowo-depresyjne, bardzo duże napięcie, drażliwość, niepokój o byt. Sama sytuacja bycia zamkniętym w jednym pomieszczeniu czy mieszkaniu z rodziną, gdzie nagle wszyscy non stop ze sobą siedzą, uświadamia ludziom, jak bardzo obcy wszyscy się dla siebie stają. Albo, że dzieci mają tyle kłopotów, że oni nie mieli świadomości kim jest ich dziecko. Jest też oczywiście czasem na odwrót. Miewam pacjentów, którzy mówią: Rany... to ja się właśnie dowiedziałem, że całe życie żyję w kwarantannie.. W końcu świat energetycznie zrównał się ze mną.
Więc to oczywiście różnie bywa, ale nawet ci, którzy kochają samotność i źle się czują przy dużym bodźcowaniu, zaczynają mieć już deficyty.
B.L.: Wspólnie z SW Research, w ramach projektu #NASZAwtymGŁOWA zrealizowaliśmy badanie, z którego wyszło, że tak naprawdę mimo pandemii i spektrum ludzkich postaw i emocji, towarzyszą nam trzy główne: lęk, strach, przerażenie. Socjolog, który interpretował te dane, był bardzo zdziwiony, że mamy tak mało emocji, które przebijają się i są tymi głównymi. Jak Pani mogłaby to zinterpretować?
J.A.: Czyli, że my jesteśmy tacy wypłaszczeni?
B.L.: To znaczy, że emocje, które towarzyszą ludziom w związku z COVID-19, to głównie niepokój, lęk, strach, przerażenie. Jest to małe spektrum i może wydawać się, że Polaków jest tak dużo i Polacy są tak kreatywni, że mogłoby być tych uczuć i emocji więcej.
J.A.: Pewnie są też inne emocje. Ja bym powiedziała, że nie wiem, czy my jesteśmy tak bardzo świadomi, żeby wyrwani do badania opowiadać w sposób pełny o swoim stanie emocjonalnym. Pewnie bierzemy to, co jest najbardziej na wierzchu. To, co potrafimy nazwać. Ja też sobie wyobrażam, że sytuacja jest naprawdę trudna, i że strach, lęk są najbardziej adekwatnymi emocjami w tej sytuacji, dlatego, że nawet my psychologowie nie możemy powiedzieć, że społeczeństwo się okazało neurotyczne, że ma jakieś nienormalne uczucia, nieadekwatne do sytuacji. Ja bym powiedziała, że naprawdę te uczucia są adekwatne do tego co się dzieje, bo świat, jakim go znaliśmy, trochę przestał istnieć. Nigdy nie było na świecie do tej pory sytuacji, kiedy jedna trzecia całej światowej populacji była poddana kwarantannie. Nigdy nie było takiej sytuacji, w której podejmowaliśmy decyzję o zamknięciu w domu, o zamknięciu szkół, zamknięciu wszystkiego, co nas na co dzień koi, przynosi przyjemność. Barów, restauracji, wszystkiego, co oznacza życie społeczne. Ludzie są istotami relacyjnymi. To, co się teraz dzieje, to jest pozbawienie nas dostępu do wszystkiego tego, na czym opiera się nasza tożsamość, na podstawie czego budujemy nasze poczucie bezpieczeństwa, przynależności. W związku z tym są lęki. Wielu ludziom może towarzyszyć lęk przed śmiercią, a ludzie naprawdę umierają. Nie do końca wiadomo, kto jest w grupie ryzyka, a kto nie. Ludzie naprawdę tracą pracę, naprawdę nie mają społecznych interakcji, nie chodzą do szkoły. To, co dla mnie jest rzeczywiście najtrudniejsze, to to, co się dzieje z dziećmi i młodzieżą.
Weronika Trawczyńska: No tak, zwłaszcza, że teraz dzieci nie mogą wychodzić 8-16 z domu, te dzieci tak naprawdę cały czas są w domach, osamotnione…
J.A.: Tak, to jest zupełnie straszne. My, ludzie dorośli, jesteśmy już ukształtowani, mamy lepiej lub gorzej działające mechanizmy obronne, racjonalizacje. Potrafimy sobie wytłumaczyć to, co się dzieje. Dzieciaki i młodzież, które są na takim etapie życia, gdzie najważniejsze w ich rozwoju nie jest chodzenie do szkoły jako takie. Oni chodzą do szkoły, głównie po to, żeby mieć wymianę społeczną. Rówieśnicy – to jest najważniejsza sprawa. Uczenie się bycia w relacji, rozwiązywania konfliktów, siłowanie się – to wszystko ich omija. Naprawdę bardzo głęboko zastanawiam się, jakie będą tego konsekwencje, co się będzie działo z tymi młodymi ludźmi i dzieciakami za kilka lat.
B.L.: To jest pytanie, które chciałem zadać. Dzieci są zmuszone jeszcze bardziej siedzieć przy komputerze, telefonie, tablecie, bo nie ma innej możliwości. Nie budują tych zwyczajnych, jak do tej pory, relacji między sobą. Ani się nie pobiją, ani się nie popodrywają, ani nie podyskutują. Poza tym, bardzo nurtuje mnie - jesteśmy cały czas w maseczkach i jak spotkamy się, to i tak odcinamy bardzo dużą część naszego przekazu emocjonalnego. Zostają nam tak naprawdę oczy i nie widzimy reszty mimiki. Jak to się odbije zarówno na dzieciach, ale także na dorosłych - za kilka, kilkanaście lat, jeśli chodzi o nasze emocje, nasze problemy?
J.A.: Szczerze mówiąc my nie mamy zielonego pojęcia. Są i były różne fantazje o tym, co się stanie. Były różne przewidywania, że będzie stres pourazowy. Ale co będzie - my nie wiemy. Oczywiście ludzie mają niewiarygodne zdolności adaptacyjne i to wiemy najlepiej, znając historię pierwszej i drugiej wojny światowej, znając czyny heroiczne, kreatywność, której nie była w stanie wojna zabić, wolę życia i przetrwania. Niesamowitym psychologiem, który o tym bardzo dużo pisał, był Viktor Frankl, który mówił o wewnętrznym poczuciu wolności, niezależnym od okoliczności, w których żyjemy. Niemniej, co się dalej będzie działo, to się okaże. Ja jestem przekonana, że to jest czas na głęboką debatę dotyczącą zdrowia psychicznego i planowania ustrukturyzowanych działań wsparcia dla dzieci, dla młodzieży, dla wielu osób dorosłych.
B.L.: No dobrze, ale skoro Państwo, mówię o psychologach i terapeutach, nie wiedzą, co będzie, co się dzieje, czego mamy się spodziewać - to jak można zaplanować skuteczne działania, które mają przeciwdziałać skutkom psychologicznego lockdownu?
J.A.: Można, dlatego, że kłopoty natury psychicznej i depresja, o tym, że to będą najbardziej palące potrzeby i choroby cywilizacyjne- o tym WHO trąbi od wielu lat.
B.L.: 350 mln osób...
J.A.: Dokładnie. W związku z tym, to już nie jest rocket science i nie musimy chuchać w kulę i czekać, co się w niej pokaże. Wystarczy trochę zdrowego rozsądku i uważności dotyczącej bardzo podstawowej pracy nad uczeniem, budowaniem, wspieraniem poczucia bezpieczeństwa u ludzi. Takiego wewnętrznego poczucia bezpieczeństwa.
B.L.: Wspominała Pani podczas jednej z rozmów, że po II wojnie światowej stworzyła się terapia grupowa. Czy pandemia i to, co po niej pozostanie, nie otworzy nowych pól dla psychologii i psychoterapii?
J.A.: Ależ absolutnie, już otwiera. Dobrym przykładem tego jest psychoterapia on-line. Nie dalej niż rok, dwa lata temu Polskie Towarzystwo Psychoterapii Psychodynamicznej, jedno z bardziej ważnych towarzystw, ‘’wysmarowało’’ pismo, które zagrażało nam - psychoterapeutom. Grozili, że nie wolno prowadzić żadnej psychoterapii on-line. Wzruszyłam wtedy ramionami, postukałam się w głowę, bo ja psychoterapię on-line prowadzę już od wielu lat z uwagi na to, że mam doświadczenia w pracy poza Polską – studiowania tam, prowadzenia pacjentów w różnych miejscach. W związku z tym, fizyczna obecność pacjenta lub moja nie była czasem możliwa. To ma swoje plusy i minusy. I co my teraz mamy? Mija trochę czasu i nawet największe ‘’zakapiory’’, tzw. stara szkoła, sztywno trzymająca się starych zasad, odpuszczają. Idą z nurtem.
Ja mogę się podzielić osobistym doświadczeniem, jako, że jestem fanką psychoanalizy i sama chodzę na psychoanalizę, bo to jest moja forma troszczenia się o siebie i o moich pacjentów oraz moich bliskich. Z moim psychoanalitykiem, z którym przeleżałam 3 razy w tygodniu na kozetce, pracujemy normalnie przez telefon. Coś, co kiedyś było absolutnie nie do pomyślenia. Jest psychoterapia on-line. Co więcej, jest całkiem wiele badań o tym, czy ona działa, czy nie. Są to badania na najlepszych uniwersytetach: w Hajfie, Cambridge. I co się okazuje? Skuteczność psychoterapii on-line jest taka sama jak skuteczność psychoterapii offline.
B.L.: No tak, ale psychiatria czy psychologia on-line, mogą najwyżej wpłynąć na to, że nie będziemy czekali w kolejce w poczekalni, ale czas, który jest poświęcany pacjentowi, czy offline czy on-line, jest taki sam. To może zwiększyć o tyle komfort, chociażby Pani w pracy, że czas liczony na dojazdy można inaczej zagospodarować. Nie musi Pani być obecna w gabinecie.
J.A.: Zwykle to jednak robię, bo dla mnie jest ważne utrzymanie pewnej stałości, kontekstu terapeutycznego.
B.L.: Ale w tym kontekście, o którym mówię, jeżeli wygospodaruje Pani godzinę więcej, to tak naprawdę nie będzie to miało dużego przełożenia na dostępność do usług psychiatry, psychologa czy psychoterapeuty.
J.A.: Muszę powiedzieć, że jeszcze nie wiem, co my mamy zrobić. Może znowu rozkwitną formy pomocy grupowej?
B.L.: Będziemy się bali tej pomocy grupowej, bo z drugiej strony grupa będzie niosła ryzyko zakażenia.
J.A.: No tak, ale może grupowa forma pomocy on-line, to też jest możliwe. Skoro mamy lekcje w szkole, gdzie jest grupa on-line, to może też jesteśmy w stanie zrobić grupową psychoterapię on-line? Oto musielibyśmy zapytać psychoterapeutę grupowego, co on o tym myśli. Ja rzeczywiście na psychoterapii grupowej się nie specjalizuję, oprócz tego, że bywałam pacjentem, żeby tego doświadczyć w ramach swojego szkolenia.
W.T.: A co z psychoterapią par? Wiem, że jest dostępna taka możliwość.
J.A.: Jest prowadzona on-line i ją się całkiem dobrze prowadzi. Największym wyzwaniem jest kłopot związany z tym, że pary są zestresowane tym, że dzieci usłyszą o czym rozmawiają. Mają różne rozwiązania na to. Są pary, które siedzą w samochodzie i z niego rozmawiają, a dla ludzi, którzy naprawdę nie mają jak zadbać o swoją intymność, o bezpieczeństwo komunikacji, my w ośrodku wpadliśmy na taki pomysł, że wtedy taka para jest w gabinecie w ośrodku, a psychoterapeuta jest u siebie w domu.
B.L.: Właśnie, bo to jest kwestia, która nie tylko dotyczy par, ale jeżeli pacjent ma problem, którego również częścią jest rodzina, to może obawiać się terapii on-line, jeżeli będzie w domu.
J.A.: Tak, absolutnie.
B.L.: Ktoś podsłucha, ktoś będzie komentował, ktoś będzie wykorzystywał to w jakiś sposób...
J.A.: Tak, to budzi duże obawy. W związku z tym wielu moich pacjentów parkowało w jakimś miejscu i z samochodu odbywali swoją psychoterapię, to była ich godzina. Często zgłaszali, że była to ulga, by móc wyjść z domu, mieć pretekst, odetchnąć świeżym powietrzem. To, co mi się wydaje najtrudniejsze w psychoterapii on-line, to, że miałaby się odbywać dokładnie w tym samym pomieszczeniu, w którym dzieją się wszystkie inne nasze sprawy. Uważam, że jest coś bardzo ważnego w takiej dedykowanej przestrzeni. Przestrzeń, która nam się z czymś kojarzy nastraja nas w odpowiedni sposób, czy jakoś pomaga nam się zbliżyć do siebie.
B.L.: Powinniśmy mieć włączoną kamerkę czy wyłączoną podczas terapii on-line?
J.A.: Ja ze swoimi pacjentami, jeżeli jest to tylko możliwe, zawsze pracuję z kamerą, dlatego, że jest dla mnie bardzo ważne, żeby móc widzieć wyraz ich twarzy, odnotowywać, co się dzieje z napięciem. Mam dużo więcej sygnałów dotyczących różnych niewerbalnych aspektów, które są dla mnie bardzo ważną informacją o tym, co się naprawdę u nich dzieje. Więc ja, jako psychoterapeutka, wolę pracować z obrazem, ale wiem, że praca bywa różna. Czasem niektórzy pracują tylko przez telefon i tę pracę bardzo cenią. Natomiast to, czego absolutnie bym nie rekomendowała, to praca typu: piszemy do siebie wiadomości tekstowe. To nie jest już psychoterapia.
W.T.: Zdarzają się takie przypadki? Są tego typu psychoterapie?
J.A.: Muszę powiedzieć, że ‘’co chatka, to zagadka’’. Ludzie wpadają na najbardziej dzikie i innowacyjne pomysły. Przecież dzięki temu, że ktoś kiedyś zrobił coś nowego, dzięki temu mamy dostęp do nowych rzeczy. Ale przypomnijcie sobie swoje kłótnie z bliskimi osobami, które się odbywały przez sms-y, a później krótką rozmowę, gdzie można było porozmawiać. Naprawdę nie ma jak dobrze zrozumieć się ‘’tekstując’’.
B.L.: Może to jest nowy kierunek przyszłości psychologii? Psychologii emotikonów, czyli wszystkich znaczków, które się wysyła 😊.
J.A.: Tak, ale ja mam wrażenie z drugiej strony, mając dziesięcioletnie dziecko... Pytam syna ostatnio: Kochanie, co u Ciebie? Jak Ty się masz? I dostaję odpowiedź: Ale o co Ty dokładnie pytasz, co u mnie?
B.L.: Myślę, że to wyzwanie być dzieckiem psychologa, psychoterapeuty, czy psychiatry. Możemy się obawiać, że będziemy lepiej czytani, lepiej nasze tajemnice będą odkrywane?
J.A.: Nie, psychoterapeuta też człowiek, bywa absolutnie beznadziejny (śmiech).
W.T.: Wydaje mi się, że jest taki stereotyp krążący wokół psychologów i psychoterapeutów, że jak się ich spotyka, to od razu się do niego mówi: Zgadnij, co ja teraz czuję albo czy możesz mnie zdiagnozować? Wydaje mi się, że to w jakiś sposób jest nie tyle krzywdzące, co zadziwiające, nudne, dla psychoterapeutów.
J.A.: Rzeczywiście nie raz mi się zdarzyło, na wspaniałym przyjęciu, wylądować w koncie, gdzie ludzie chcieli na szybko przy drinku załatwić wiele swoich życiowych problemów. Potrafię sobie z tym mniej lub bardziej elegancko radzić. Nie jesteśmy wróżkami, nie jesteśmy ciągle w pracy. Po prostu bardzo chcemy być z ludźmi, tak po prostu, po ludzku.
B.L.: Ja myślę, że takim zawodem, który przy alkoholu, podczas imprezy potrafi najlepiej doradzić, jest barman.
J.A.: (śmiech) Tylko teraz nie mamy do nich dostępu..
B.L.: Czasami taka terapia może też by się nam przydała. Oczywiście wszystko w granicach i z umiarem. Podsumowując naszą rozmowę, bo jak zwykle rozmawiało się niesamowicie interesująco i inspirująco, to czy możemy spodziewać się wysypu pandemii schorzeń związanych z naszymi emocjami i uczuciami po pandemii koronawirusa?
J.A.: Już to mamy. Właściwie można powiedzieć, że już mamy pandemię depresji i stanów lękowych, więc to się niestety już dzieje. Widać to po ilości wypisywanych recept na środki antydepresyjne i antylękowe.
B.L.: Czyli już mamy dwie pandemie w cenie jednej.
J.A.: Tak, mamy dwie pandemie w cenie jednej i będziemy trochę z tego wychodzić. Jako, że ja jestem taką osobą, która zawsze pamięta o potencjale, często nie wiem jeszcze jak, ale jakoś sobie z tym poradzimy.
B.L.: I tym optymistycznym akcentem kończymy dzisiejszą rozmowę. Dziękuję bardzo.
J.A.: Dziękuję.





