Konferencja otwierająca kampanię #NASZAwtymGŁOWA
Serdecznie zapraszamy do obejrzenia grudniowej konferencji inaugurującej start kampanii #NASZAwtymGŁOWA. W wydarzeniu wzięli udział nasi eksperci: prof. dr hab. n. med. Irena Namysłowska, Prezes SW Research - Piotr Zimolzak, dr n. med. Magdalena Namysłowska oraz Jagna Ambroziak. Dlatego, jeśli jeszcze tego nie widziałeś to z pewnością warto nadrobić zaległości, temat i misja niezwykle ważna!
Psychoterapia, a może leki? - ABC skutecznego leczenia
Wiele osób cierpiących na zaburzenia psychiczne zastanawia się, jakie kroki powinno podjąć, aby w najskuteczniejszy sposób poradzić sobie z danym problemem. W głowie pojawia się wiele pytań – czy najpierw udać się do psychoterapeuty, aby rozpocząć terapię? A może od razu do psychiatry po odpowiednie leki? Tylko na jakiej zasadzie one działają? A czy najlepszym sposobem nie będzie połączenie terapii z lekami? Od razu możemy uspokoić - takie decyzje oczywiście podejmuje odpowiedni specjalista. Wielu z nich posiada własne zdanie dotyczące tego, jaki jest najskuteczniejszy sposób leczenia zaburzeń psychicznych, dlatego poprosiliśmy naszych ekspertów – psychoterapeutę i psychiatrę – o podzielenie się swoimi przemyśleniami opartymi na wieloletnim doświadczeniu i praktyce.
Psychoterapia czy leki?
Istnieje wiele nurtów psychoterapeutycznych. W leczeniu depresji i stanów lękowych stosuje się najczęściej podejście behawioralno-poznawcze lub psychodynamiczne. Warto pytać psychoterapeutów na czym polega ich tzw. modalność terapeutyczna, czyli jakimi metodami pracują. Jednak, aby podjąć właściwe leczenie potrzebna jest prawidłowa diagnoza, której może dokonać tylko lekarz psychiatra. Dlatego ważne jest, aby podczas konsultacji lekarskiej, nie bać się otwarcie mówić o problemach np. o pojawiających się myślach samobójczych, które jako objaw płynący z naszego organizmu mówią, że sobie z czymś nie można samemu poradzić. Nie należy niczego ukrywać – nikt z powodu myśli samobójczych nie jest zatrzymany w szpitalu. Najczęściej skuteczne efekty leczenia przynosi połączenie farmakoterapii z psychoterapią. Lekarz psychiatra zajmuje się leczeniem farmakologicznym, a psycholog i psychoterapeuta oddziaływaniami psychologicznymi. W leczeniu ciężkiego natężenia depresji istnieje potrzeba przyjmowania leków tzw. antydepresantów. Trzeba tu obalić nieprawdziwe mity o tym, że leki antydepresyjne uzależniają. Tak nie jest. Co prawda, istnieje grupa leków takich jak benzodiazepiny, stosowanych doraźnie w zaburzeniach lękowych, które mogą uzależnić. Jednak przyjmowanie ich pod ścisłą kontrolą lekarza oraz regularna psychoterapia pozwalają minimalizować ryzyko uzależnienia. Regularna psychoterapia jest zazwyczaj kluczowym elementem leczenia. Same leki pomagają zazwyczaj łagodzić objawy, ale nie rozwiązuje to źródła problemu.
Sulimir Szumielewicz, psychoterapeuta
Psychoterapia w połączeniu z lekami
Obecnie w leczeniu depresji i stanów lękowych stosuje się farmakoterapię łączoną z psychoterapią. Niekiedy rozpoczynamy od podania leków antydepresyjnych, a pracę z psychoterapeutą pacjent rozpoczyna po osiągnięciu częściowej poprawy. Dzięki temu praca z psychologiem może przebiegać efektywniej. Współcześnie najpopularniejsza grupa leków stosowanych w leczeniu depresji i stanów lękowych to tzw. nowoczesne antydepresanty, które charakteryzują się najniższym potencjałem występowania działań niepożądanych. Zaczynają efektywnie działać po średnio 12 dniach regularnego przyjmowania, a poprawa następuje stopniowo, nie zaburzając sprawności intelektualnej i pozwalając pacjentowi prowadzić normalne życie bez efektu otumanienia czy też oszołomienia. Należy pamiętać, że antydepresanty przyjmujemy nie tylko do momentu uzyskania poprawy, ale nieco dłużej – po to, żeby tę poprawę utrwalić. Co ważne, antydepresanty nie są lekami uzależniającymi. Łączenie farmakologii z oddziaływaniami psychoterapeutycznymi daje możliwość komplementarnej opieki nad pacjentem i pozwala wielopoziomowo oddziaływać na problem.
Dorota Grobelna, psychiatra
Oko w oko z uzależnieniem - fascynacja, zgubny nałóg, zaburzenie?
Czy zdarzyło Ci się powiedzieć w niezobowiązującej rozmowie, że jesteś od czegoś ,,uzależniony”? Popularyzacja tego słowa w kulturze masowej rzuca nowe światło na postrzeganie zjawiska uzależnień: dotyczy ono nie tylko narkotyków, alkoholu czy hazardu. Czyżby problem uzależnień w jakimś stopniu dotyczył nas wszystkich?
Obecnie wiele marek prezentuje się z dumą pod hasłem ,,addicted” – siłownie, gry, sklepy kosmetyczne, linie kosmetyków. A skojarzenia konsumentów krążą wówczas wokół przyjemności i ekscytacji towarzyszącej korzystaniu z danej usługi. Jeśli coś jest ,,uzależniające”, zapewne jest atrakcyjne, ekscytujące i ma potencjał do kształtowania nawyków społecznych (oczywiście korzystnych w zamyśle). Marketingowcy i specjaliści od reklamy dobrze o tym wiedzą i sprytnie wykorzystują pewien chaos pojęciowy związany z brakiem jednoznacznej, powszechnie akceptowanej definicji pojęcia ,,uzależnienie”. Umieszczono je w klasyfikacji DSM-5 w 2013 roku w specyficznej kategorii ,,Zaburzenia związane z substancjami i uzależnieniami”. Jednocześnie po raz pierwszy oficjalnie wprowadzono jako jednostkę diagnostyczną termin ,,uzależnienie behawioralne” (od czynności), stanowiący alternatywę dla uzależnień chemicznych (od substancji). Coraz częściej słyszy się o uzależnieniu od zakupów, pornografii czy hazardu – trudniejszych do zidentyfikowania.
Wynika to z kilku powodów...
Po pierwsze - przekaz płynący z mediów propaguje wręcz konsumpcyjne podejście do życia, nastawienie na ,,mieć” i szybką gratyfikację. Kiedy więc kończy się granica np. między kupowaniem dla przyjemności czy nawet z chęci bycia trendy, a zaczyna się nałóg?
Po drugie – w którym momencie granica między niezaburzonym a nadmiernym bądź patologicznym przejawianiem danego zachowania zostaje przekroczona? I kto ma prawo o tym decydować? W przypadku uzależnień behawioralnych trudno jednoznacznie wskazać takie konkretne normy (w przeciwieństwie np. do uzależnienia alkoholowego, dla którego WHO wskazuje kolejne etapy). Kwestia uzależnień behawioralnych pojawia się co prawda coraz częściej w literaturze (m.in. e-uzależnienia wśród młodzieży, pracoholizm dorosłych), wciąż jednak pozostawia szerokie pole do badań.
Abstrahując od rodzaju i typu uzależnień, spróbujmy dotrzeć do ich głębszych przyczyn. Liczne koncepcje wyjaśniają mechanizm powstania uzależnienia w oparciu o czynniki biologiczne, psychiczne i społeczne, a zintegrowany model Psycho-Bio-Społeczny stanowi ich syntezę. O ile np. badania na dzieciach alkoholików potwierdzają możliwość przekazywania genetycznie pewnych zaburzeń biochemicznych i neurologicznych predysponujących do rozwoju alkoholizmu, o tyle nie można w ten sposób wyjaśniać podłoża innych uzależnień. Czynniki genetyczne są więc zaledwie ułamkiem wiedzy na temat przyczyn uzależnień – te są o wiele bardziej złożone. Nawet obciążenie tzw. „wysokim ryzykiem” nie jest w stanie zdeterminować przyszłości osoby, która będzie dokonywać konstruktywnych wyborów.
Warto spojrzeć na problem uzależnień jako na dostępny na powierzchni sygnał tego, co dzieje się w psychice. Mimo że w ostatnich latach coraz większy nacisk kładzie się na rozwój osobisty na wszystkich płaszczyznach, w tym również psychologicznej – w świadomości społecznej wciąż pokutuje przekonanie, że dbanie o dobrostan psychiczny to pewnego rodzaju ,,fanaberia”. Konsekwencją tego podejścia jest brak umiejętności autentycznej konfrontacji z własnymi emocjami – nie sposób zmierzyć się z czymś, czego nie jesteśmy w stanie rozpoznać i zaakceptować z pełną uczciwością. A akceptacja to pierwszy krok do zmiany – tej prawdziwej, nie z poziomu lęku, ale poczucia siły. Stąd już niedaleka droga do stosowania ucieczkowych strategii zaradczych - pozwalających zaznać choćby chwilowej ulgi od trudnych i niechcianych emocji - a jedną z nich można znaleźć właśnie w nałogu…
Skoro przychodzi uwolnienie od napięcia, mogłoby się wydawać, że jest to jakieś rozwiązanie. Przecież o to chodzi: żeby nie bolało, żeby doprowadzić się wewnętrznie do przyjemnego stanu względnej równowagi. Problem polega na tym, że to ,,rozwiązanie” niczego nie rozwiązuje – jedynie chwilowo tłumi. Nie tylko nie rozwiązuje, ale też prowadzi do znacznie poważniejszych konsekwencji - do momentu, w którym zostaje odwrócony kierunek kontroli: już nie człowiek ma ją nad tym, co robi, ale to, co robi, przejmuje kontrolę nad człowiekiem. Z czasem pojawia się poczucie winy, obwinianie się, małe kłamstewka, które mają zatuszować skalę problemu, ale i kompulsywna potrzeba, przymus wewnętrzny zagarniający stopniowo pozostałe sfery życia… Cała rzeczywistość uzależnionego zorganizowana jest wokół pochłaniającego go rzeczy/zachowania nałogu. I to jest ta niebezpieczna granica do przekroczenia, której przyznać się jest bardzo ciężko.
Alkoholik stwierdzi zdecydowanie, że może przestać pić w dowolnym momencie, gdy zechce, narkoman też oczywiście znajdzie dla siebie odpowiednie wytłumaczenie (które w istocie będzie tylko mechanizmem obronnym - racjonalizacją, zaprzeczeniem itp.), by udowodnić (innym? sobie?), że problem go nie dotyczy. Narkomanowi wydaje się, że byłby w stanie zrezygnować z narkotyków, kiedy tylko zechce, ale gdyby spróbował je odstawić – mógłby znaleźć dla siebie sprytne wyjaśnienie w razie niepowodzenia: „przecież biorę, bo chcę, a nie dlatego, że muszę”. Obok samooszukiwania się, uruchomiony zostaje mechanizm iluzji i zaprzeczeń.
Dlatego mówi się, że uzależniony ,,musi najpierw sięgnąć dna, by się od niego odbić” (i często bywa tak, że punktem przełomowym do podjęcia leczenia jest dopiero jakieś traumatyczne wydarzenie, którego nie da się już ignorować, np. rozpad rodziny czy diagnoza poważnej choroby).
Gdy wyobrażamy sobie stereotypowego alkoholika czy narkomana, raczej mało kto mu współczuje - częściej zaktywizowany zostaje stereotyp ,,marginesu społecznego”, pojawia się tendencja do negatywnej oceny, stygmatyzacji - bo na pierwszy rzut oka nie mamy dostępu do całego cierpienia, które kryje się u podłoża uzależnień. Tak naprawdę to, co widzimy, jest wierzchołkiem góry lodowej – strategią regulacji emocjonalnej powtarzanej i podtrzymywanej przez wewnętrzny przymus.
Badania mózgu na przestrzeni dwóch ostatnich dekad ukazują problem uzależnień w zupełnie innej, klinicznej perspektywie. Jak podkreślają naukowcy z American Society for Addiction Medicine, niewiele mają one wspólnego z kwestią silnej woli. Dr M. M. Miller zaznacza, że uzależnienie należy traktować jako przewlekłą chorobę mózgu, wymagającą leczenia podobnie jak np. cukrzyca. Tu wkracza jeszcze cała neuroanatomia uzależnienia: pojawiają się zaburzenia w układzie dopaminergicznym mózgu (substancje uzależniające mogą działać różnie, ale w rezultacie dochodzi do wzrostu poziomu dopaminy w prążkowiu, będącego częścią tzw. układu nagrody). Potem dochodzi do kolejnych zmian biochemicznych, obejmujących inne neuroprzekaźniki (np. glutaminian) i korę przedczołową – a ta wiąże się m.in. z kontrolą impulsów, myśleniem krytycznym, planowaniem i organizowaniem aktywności. Warto zwrócić uwagę, że kora przedczołowa kształtuje się do ok. 25. roku życia, co uwydatnia szczególnie niebezpieczne oddziaływanie uzależnień na mózg nastolatków i osób młodych. Takie zmiany mogą mieć trwały charakter i przekładać się m.in. na problemy z podejmowaniem dojrzałych decyzji.
Zmiany w układach neuroprzekaźnikowych powodują, że mózg nie działa już prawidłowo bez dodatkowego pobudzenia, które zapewnia właśnie ciągłe dostarczanie narkotyku. W efekcie czynność lub substancja staje się przymusem i to niezależnie od tego czy nadal sprawia przyjemność, czy nie.
W jaki sposób sam możesz najłatwiej sprawdzić czy jesteś od czegoś uzależniony? Weźmy dla przykładu telefon – przestań go używać na kilka dni i sprawdź, czy poczujesz w tym czasie silną potrzebę sięgnięcia po niego połączoną z niepokojem, może nawet doświadczysz innych objawów „odstawiennych”. Jeśli tak, to znasz już odpowiedź. To jedno z najbardziej typowych uzależnień naszych czasów, tzw. „plaga XXI w.” i również może negatywnie odbijać się na innych aspektach życia (np. jako zaniedbywanie spędzania czasu z bliskimi ,,w realu”).
Jednak w przypadku takich nałogów (o charakterze raczej automatyzmu niż kompulsji) już samo rozpoznanie pewnych ponawianych bezwiednie schematów zachowania może być bodźcem do ich przełamania i zmiany. Zrozumienie prawdziwych przyczyn, dla których się w coś angażujemy i wypracowanie alternatywnych strategii (czy bardziej konstruktywnych ,,zamienników”) mogą wystarczyć, by przestać działać jak na autopilocie. Dla osoby, która poszukuje raczej możliwości rozwoju, a nie prostego znieczulenia, samo uświadomienie sobie, że dana czynność przynosi więcej strat niż zysków (przez co oddala od osiągnięcia ważnego celu) może być wyzwalające.
Pomocnym może być tu rozróżnienie stosowanych zwykle zamiennie terminów ,,nałóg” i ,,uzależnienie”. O ile nałóg jest powtarzaną nawykowo czynnością, nad którą wciąż jednak można panować, o tyle uzależnienie to przewlekła, podstępna i wyniszczająca choroba.
Przejdźmy więc do klinicznych uzależnień, spełniających kryteria zaburzenia psychicznego wg ICD-10*. Często bywa tak, że osoby z otoczenia szybciej wyłapują sygnały wskazujące na uzależnienie kogoś bliskiego niż on sam zda sobie z nich sprawę. Tutaj wdrożenie profesjonalnej pomocy terapeutycznej, często w połączeniu z farmakologiczną, to kwestia życia lub śmierci. Co istotne, celem leczenia jest całkowita abstynencja – dlatego np. alkoholik nie może po kuracji już nigdy wracać do picia. Uzależnienia nie ustępują samoistnie, lecz z biegiem czasu pogłębia się ich destrukcyjny charakter. Dlatego tak ważne jest, by nagłaśniać ten temat.
Uzależnienie chemiczne to jedna strona medalu, behawioralne – druga, a co z uzależnieniem… emocjonalnym? Czy można uzależnić się od drugiej osoby tak jak od narkotyków? Czy można stać się narkomanem potrzebującym kolejnej ,,dawki” miłości od ukochanej osoby? Tak naprawdę taka sytuacja to standard w toksycznym związku, z nierównym „,,podziałem wpływów”: jeden dominuje, drugi podporządkowuje się. I zachowanie tego drugiego może bardzo przypominać zachowanie innych nałogowców. Ale to temat na osobny artykuł…
Potrzebujemy wiedzy na temat przyczyn, skutecznych form wsparcia i leczenia osób uzależnionych. Chcemy motywujących historii osób, które wyszły z nałogów lub pokonały problem uzależnienia behawioralnego. I mówimy stanowcze ,,nie” stygmatyzacji osób, które się z nimi zmagają.
Jeśli podejrzewasz uzależnienie u kogoś bliskiego (lub siebie), sprawdź, czy zostały spełnione min. 3 spośród 6 poniższych kryteriów w ciągu ostatniego miesiąca:
- trudności w kontrolowaniu zachowania związanego z danym obszarem działania,
- fizjologiczne objawy odstawienia, występujące, gdy zachowanie zostało przerwane lub ograniczone,
- stwierdzenie tolerancji (potrzeba nasilania zachowań w celu uzyskania efektów wcześniej uzyskiwanych przy mniejszym nasileniu),
- narastające zaniedbywanie innych źródeł przyjemności,
- kontynuacja szkodliwych zachowań mimo wyraźnych szkód z nimi związanych.
* Kryteria uzależnienia ICD-10 (Międzynarodowa Klasyfikacja Chorób i Zaburzeń Psychicznych)
Czym są stany lękowe?
Z pewnością ciężko byłoby znaleźć osobę, która ani razu w swoim życiu nie doświadczyła uczucia lęku – zwłaszcza teraz, kiedy obecne czasy nie sprzyjają, aby zachować spokój ducha. Pandemia COVID-19 w znaczący sposób wpłynęła na kondycję psychiczną Polaków. W dużej mierze pojawia się lęk, strach oraz obawa o przyszłość. Jednak przed pandemią też nie było dobrze – przykładowo, napady lęku uogólnionego występują u 5 do 9 proc. populacji.* Czym dokładnie jest uczucie lęku? Jakie są jego przyczyny oraz rodzaje? Postanowiliśmy zapytać się u źródła.
Według klasyfikacji ICD 10, zaburzenia lękowe należą do kręgu zaburzeń nerwicowych. Obejmują one m.in.: fobie (np. agorafobia i inne fobie społeczne) oraz zaburzenia lękowe z napadami lęku – tzw. epizodyczny lęk napadowy oraz zaburzenia lękowe uogólnione. Cechą charakterystyczną lęku napadowego są częste ataki silnego lęku z licznymi objawami somatycznymi — dusznością, kołataniem, bólem serca oraz uczuciem, że się umrze lub że „się zwariuje”, że jest się zagrożonym. Napad lęku trwa z reguły kilka minut, rzadko dłużej niż 20–30 minut, co wynika z fizjologii - tyle czasu potrzeba na wytworzenie, zmagazynowanie i uwolnienie adrenaliny. Uczucie niepokoju, rozbicia może oczywiście trwać dłużej, ale paniczny lęk ustępuje — organizm nie jest w stanie uwalniać takich ilości adrenaliny.
Natomiast przewlekły i uporczywy lęk, nie osiąga takiego nasilenia jak lęk napadowy. Zazwyczaj rozpoznaje się go jako uczucie niepokoju, stałe, nieokreślone poczucie zagrożenia, ciągłe zamartwianie się, nie spowodowane czynnikami zewnętrznymi. Dodatkowo pojawiają się zaburzenia snu czy problemy z koncentracją. Przyczyn nadmiernego lęku można szukać w nagłych wydarzeniach takich jak: zmiana miejsca pracy, zamieszkania, strata lub śmierć kogoś bliskiego, doświadczanie przemocy, ale również w takich sytuacjach, które są nacechowane pozytywnie np. narodziny dziecka czy ukończenie studiów. Wiąże się z to z nową rolą życiową i obawami przed sprostaniem nowym zadaniom. Pewne uwarunkowania do zaburzeń lękowych mogą być dziedziczone. Nie znaczy to jednak, że jeśli ktoś w naszej rodzinie cierpiał na problemy natury psychologicznej, automatycznie dotkną one i nas.
Sulimir Szumielewicz, psycholog
* http://www.psychiatriapolska.pl/uploads/onlinefirst/Babicki_PsychiatrPolOnlineFirstNr188.pdf
Co pandemia zrobiła dzieciom - rozmowa z dr Aleksandrą Piotrowską, psychologiem i pedagogiem z Uniwersytetu Warszawskiego
O wpływie pandemii na zdrowie psychiczne, edukację oraz rozwój dzieci i młodzieży – rozmowa z dr Aleksandrą Piotrowską, psychologiem i pedagogiem z Uniwersytetu Warszawskiego.
Anna Janicka: Co pandemia zrobiła dzieciom?
Aleksandra Piotrowska: Odebrała im kawałek życia, normalnych doświadczeń, które powinny stać się ich udziałem. Im młodsze dziecko, tym bardziej to widać.
A.J.: O co zubożone zostały najmłodsze dzieci, o co starsze?
A.P.: Mówiąc o dzieciach z pierwszych klas szkoły podstawowej, ale i o starszych – zubożone zostały o miesiące, a może nawet lata życia w grupie rówieśniczej. A to jest środowisko, w którym zbiera się najbogatszy i najbardziej różnorodny zestaw doświadczeń. Wiadomo, że nasz rozwój przebiega zgodnie z tym, czego doświadczamy. Ważne jest to, aby dziecko uczyło się, co to znaczy być w grupie, radzić sobie w tej grupie, doprowadzić do tego, aby owa grupa zrobiła to, na czym mnie zależy, ale w innych sytuacjach – podporządkować się i zrobić to, czego ode mnie oczekuje grupa. Obecność rówieśników to również okazja do przeżywania najrozmaitszych emocji – zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. A ile informacji dziecko uzyskuje od rówieśników! To wszystko potrzebne jest do rozwoju dziecka. Dorosłym najłatwiej jest załatwić kwestię deficytu w sferze poznawczej, intelektualnej dziecka. Natomiast sfera emocji i kontaktów wymaga obecności rówieśników. To ważne dla dzieci w każdym wieku. 17-latek jest w okresie, w którym niezwykle wyrywa się do kontaktów z kolegami. Tyle że ten rok czy 10 miesięcy braku doświadczeń jest odnoszonych do ostatnich siedemnastu lat życia. Zdążył wcześniej zgromadzić zasób doświadczeń społecznych, już chociaż wie, za czy ma tęsknić i jak te sytuacje powinny wyglądać normalnie. Natomiast z punktu widzenia 7-latka tak długa absencja w środowisku rówieśników jest już dużo bardziej ważąca na tym, jak dziecko odbiera, interpretuje, przeżywa świat.
A.J.: Dla młodszych dzieci okres pandemii to prawdziwa wyrwa w rozwoju społecznym?
A.P.: Wyrwa. Boję się, że trudno będzie nadrobić te braki. Chociaż dzieci już nieraz potrafiły nas zaskoczyć swoją siłą i zdolnością do regeneracji.
A.J.: Czego pani w przypadku tych najmłodszych dzieci boi się pani najbardziej? Jakie one będą po izolacji?
A.P.: Obawiam się tego, że będą uważały, iż normalną rzeczą jest to, że człowiek bierze do ręki laptop, tablet lub smartfon, a ich ekraniki wystarczą do zagospodarowania życia. Proszę też pamiętać, że dzieci przeżyły wiele miesięcy bez większej aktywności fizycznej na zewnątrz. A przecież powinny chociażby biegać między blokami czy domkami, grać w piłkę czy jeździć rowerem. Trudno wskazać taką sferę rozwoju dzieci, w której pandemia nie doprowadziłaby do zrujnowania czegoś.
A.J.: Pani już się spotyka z dziećmi, u których widać konsekwencje „zamknięcia”?
A.P.: Tak, bardzo wyraźnie wzrosła liczba dzieci wykazujących obniżenie nastroju i gotowość do reagowania lękiem na różnie wydarzenia w świecie zewnętrznym. Przecież nie wierzę w to, że właśnie teraz doszły do głosu jakiekolwiek genetyczne czynniki, które za to odpowiadają. To musi być wpływ środowiska. Nie bardzo potrafimy diagnozować stany lękowe i depresje
u małych dzieci. Stosunkowo rzadko się to dzieje. Ale wnioskując z tego, co się dzieje wśród nastolatków, to już mamy problem.
A.J.: Z nastolatkiem łatwiej, ale co mogą zrobić rodzice dzieci młodszych? Jak wyłapać symptomy depresji?
A.P.: Jako rodzice mamy zawsze okazję do tego, czego pozbawiony jest psycholog lub psychiatra: do bacznej obserwacji dziecka w naturalnych sytuacjach. Dziecko w gabinecie terapeuty nie będzie zachowywało się tak jak w swoim naturalnym środowisku. I tu jest rola rodzica: może zauważyć zmianę zachowania. Porzucenie aktywności, które dziecko dotąd bardzo lubiło. Mówię o aktywnościach, które są dozwolone w czasie lockdownu. Jeśli dziecko dotąd lubiło porządkować kolekcję swoich resoraczków, układać klocki lego czy, w zależności od upodobań, przebierać lalki – a teraz te zajęcia przestają być na tyle atrakcyjne, by dziecko podjęło jakiekolwiek działania w ich kierunku. Jeśli pojawia się bezruch, bierność, brak inicjatywy u dziecka, które dotąd było bardzo ruchliwe – bo pamiętajmy, że zdrowe dzieci często bardzo różnią się typowym dla siebie stopniem pobudzenia – to tę zmianę zobaczy bacznie obserwujący i znający dziecko rodzic. Tego nie ma szansy zauważyć psychiatra czy psycholog w gabinecie. Zwłaszcza w trakcie jednej wizyty.
A.J.: A tego oczekują rodzice szukający pomocy?
A.P.: Rodzice mają często absurdalne oczekiwania wobec wizyty u psychoterapeuty. Wydaje im się, że wyjdzie z niej „naprawione” dziecko. Albo całkowicie uregulowany nastolatek, który będzie funkcjonował tak, jak rodzice sobie tego życzą. A prawda jest taka, że największe możliwości zaobserwowania, że w dziecku zachodzi niepokojąca zmiana, ma rodzic.
A.J.: Ciągła obecność rodziców z dziećmi, podczas gdy wcześniej dorośli szli do pracy, dzieci do szkoły i na inne zajęcia, a rodzina spotykała się dopiero wieczorem – jakie to ma konsekwencje dla rodzin?
A.P.: Wielu rodziców od miesięcy jest w domu tak jak i dziecko, i pracuje w domu. Brakuje im wychodzenia, zmiany, kontaktów. I mają po kokardę godzenia ról rodziców, nauczycieli, pomocników w nauce, nadzorców nauki ze swoim życiem zawodowym. Dodajmy do tego, że większość polskich rodzin nie mieszka w willach, w których przypadają dziesiątki metrów na jednego domownika i można się od innych odizolować. To naprawdę rodzi trudną sytuację. Wiele mówi się w ostatnich miesiącach o dzieciach, zapominając o dorosłych. Niewystarczająca liczba pokoi, komputerów, żeby każdy mógł zająć się swoimi sprawami, nie przeszkadzając innym – ten problem dotyczy wielu rodzin. Dorośli są więc niezwykle przeciążeni, stąd więcej awantur w rodzinach.
A.J.: Awantur o?
A.P.: Pamiętajmy o tym, że bycie całej rodziny razem to dotąd były jakieś 3,4 godziny dziennie, późnym popołudniem i wieczorem. A dziś to 24 godziny, 7 dni w tygodniu. Jest więc więcej okazji, aby odczuwać wzajemną irytację, zdenerwowanie. Dzieci mogą odczuwać żal do rodziców, że nie zapewniają im odpowiedniej ilości atrakcji, nie bronią ich przed tym, czego oczekuje od nich szkoła. Rodzice mają żal do dzieci o to, że nie rozumieją wyjątkowości sytuacji, na przykład tego, że tata czy mama mają właśnie pilny „call”, podczas którego w domu musi być idealna cisza. A tu ciszy nie ma. O wzajemny żal i pretensje jest tu naprawdę łatwo. Tak samo jak o wzrost liczby agresywnych zachowań wobec dzieci, kiedy dorosły jest przemęczony, kiedy boi się o swoją pracę. Wybuch emocjonalny bywa wówczas najprostszym i najłatwiejszym sposobem na rozładowanie napięcia.
A.J.: Wracając do najmłodszych dzieci, u których izolacja spowodowała sporą przerwę w naturalnym w rozwoju. Z tego powodu to dobrze, że już wróciły do szkół?
A.P.: Z tego powodu tak.
A.J.: A dlaczego nauczanie zdalne było dla nich tak trudne? Przecież sprawnie poruszają się po sieci. Wiek tzw. inicjacji internetowej jest niski.
A.P.: Dziecko 6, 7-letnie potrafi korzystać z internetu w zakresie, w jakim jest nim zainteresowane: wyszukać sobie bajkę, zagrać w grę. To są dwa główne powody korzystania przez dzieci z internetu. Już nawet czterolatek, który nie umie czytać ani pisać, potrafi powiedzieć dorosłemu, jaką stronę ma mu otworzyć, żeby poszukać bajeczek. Ale to nie znaczy, że małe dzieci, te wczesnoszkolne, potrafią w pełni sprawnie korzystać z cyberprzestrzeni. Więcej – są nawet badania, z których wynika, że nastolatki, o których mówimy, że „urodziły się z komputerem w rękach”, wcale nie są tak biegłe komputerowo, jak mogłoby się wydawać. Jest stosunkowo niewielka liczba umiejętności, którymi posługują się na co dzień.
A.J.: To dlatego również i młodzieży tak trudno jest uczyć się zdalnie?
A.P.: Myślę, że w tym przypadku nie tu leży główna przyczyna. Główna przyczyna jest taka, że brakuje kontaktu z żywym człowiekiem. A to są nieporównywalne sytuacje: gdy nauczyciel przemawia przez kamerkę i gdy chodzi między dziećmi, trwa wymiana spojrzeń, każda mina jest obserwowana, obok dziecka siedzą inne dzieci. Uruchamiają się procesy synergii, grupowego uczenia się, młodzi ludzie wpływają na siebie nawzajem. Wydaje mi się więc, że w pierwszej kolejności można by mówić o całkowicie innych warunkach motywacyjnych. Żeby człowiek podejmował jakiekolwiek czynności poza prostymi odruchami wykonywanymi mimowolnie, musi się pojawić motywacja. Motywacja do słuchania, skoncentrowania uwagi na tym, co mówi nauczyciel lub na tym, co uczniowie, kierowani przez nauczyciela, mają teraz robić czy mówić. Natomiast w takich warunkach, kiedy siedzę sobie w domu, po lewej stronie mam psa, którego drapię za uchem, prawą kończę owsiankę, która została mi ze śniadania, to oczywiście wyłączam sobie kamerkę, żeby nie było podglądu. Wiele dzieci niemal nigdy nie włącza kamerki twierdząc, że nie ma takiej możliwości, co często nie jest prawdą. To są warunki niesprzyjające mobilizacji, pojawieniu się wystarczającego pobudzenia, które mogłoby przekuć się w motywację. Jeśli możemy pozwolić sobie na luz, rozkoszne barłożenie się na kanapie, jednocześnie mając odnotowaną obecność na zajęciach w szkole, to wiele osób z tego korzysta. Od człowieka, który ma kilka, kilkanaście lat, trudno oczekiwać, że nagle sam z siebie poczuje głęboką chęć przyswajania wiedzy w każdej minucie trwania zajęć. To tak nie działa. W szkole nauczyciel ma mnóstwo możliwości i narzędzi, aby wzbudzić i podtrzymać motywację. Przy nauce zdalnej jest to znacznie trudniejsze. Ale mało się mówi o jeszcze jednej grupie dzieci szczególnie cierpiących przez pandemię.
A.J.: Jakiej?
A.P.: Często umyka fakt, że jest wcale niemała grupa dzieci, o których mówimy: dzieci o specjalnych potrzebach edukacyjnych. Proszę wyobrazić sobie dziecko z autyzmem, którego rodzice i wychowawcy pracowali przez kilka lat, żeby wyrobić podstawowe nawyki umożliwiające mu funkcjonowanie przez parę godzin bez rodziców. To wszystko wzięło w łeb. Dzieci z różną głębokością upośledzenia umysłowego – w odniesieniu do nich nauka zdalna w ogóle nie wchodzi w rachubę. Od dziesięciu miesięcy mamy więc sporą grupę dzieci nierealizujących obowiązku szkolnego. Nikt tego nie liczy, nie zbiera. Nawet najbardziej zaangażowani nauczyciele nie są w stanie uporać się z tym problemem bez odpowiednich rozwiązań w skali krajowej.
A.J.: To dzieci, u których wyrwa w rozwoju spowodowana przez zamknięcie szkół jest największa.
A.P.: Ogromna. Rodzice sygnalizują, że w ciągu ostatnich 10 miesięcy ich dzieci niesamowicie się uwsteczniły, cofnęły w rozwoju, bo nie dostają tego, co do tego rozwoju jest niezbędne. Nawet pełen najlepszej woli i chęci rodzic, jeśli nie jest specjalistą pedagogiki specjalnej, nie jest w stanie dać dziecku tego, co mogą dać mu specjaliści. Może dać miłość, czułość, i chwała mu za to, ale dziecko potrzebuje do rozwoju czegoś jeszcze. Powrót tych dzieci do szkół, ośrodków, będzie nieprawdopodobnym wyzwaniem dla pedagogów, niemalże pracą od podstaw. Dzieci, u których pojawiły się podstawowe umiejętności szkolne, dziesięć miesięcy temu z dumą odczytywały pierwsze słowa, dziś nie pamiętają podstawowych liter. O tych dzieciach niewiele mówimy, pomijamy je, chowamy gdzieś po kątach, a przecież to też są nasze dzieci. Tu trzeba bić na alarm.
A.J.: Są jednak dzieci, którym nauka zdalna wyszła na dobre?
A.P.: Oczywiście są i takie, które sobie to bardzo chwalą. Wreszcie nie czują presji rówieśników obok. Jednym obecność rówieśników daje radość, a dla innych jest źródłem napięcia, niepokoju. Dla dzieci, które są ofiarami mobbingu ze strony rówieśników, zerwanie fizycznego kontaktu z nimi oznacza jedno źródło napięć mniej.
A.J.: Poza tymi dziećmi, dla których pandemia i zamknięcie szkół jest uwolnieniem od problemów z rówieśnikami, czy są i takie, którym obecna sytuacja w inny sposób wychodzi na dobre?
A.P.: W wielu rodzinach w minionych miesiącach dzieci i rodzice zaczęli wreszcie nawzajem się poznawać. To może brzmieć idiotycznie, jeśli dziecko ma 10, 12 lat, a ja mówię o okazji do poznawania się, ale w naszych rodzinach na co dzień często dominuje mocno zadaniowy tryb funkcjonowania. Wydawanie poleceń czy próśb – to zależy od modelu kierowania dziećmi – a potem sprawdzanie, czy zostały one wykonane. „Plecak spakowany?”, „Tu sprzątnięte?”, „Tam umyte?”. W porządku, możemy iść dalej. A teraz przebywanie ze sobą non stop otwiera, chyba częściej dorosłym, oczy. Na to, że moje dzieci są właśnie takie, mają określone sposoby reagowania. To jest także plus obecnej trudnej sytuacji. Dobrze przecież, żeby najbliższe, kochające się osoby, znały się. Obserwuję też, że w wielu rodzinach bardzo rozkwitła samodzielność dzieci.
A.J.: Jak to się stało?
A.P.: Ze względu na obciążenia rodziców rozmaitymi sprawami dzieci po raz pierwszy wychodzą same z domu, gdy potrzeba, aby gdzieś dotarły, coś komuś przekazały, zrobiły podstawowe zakupy. Proszę pamiętać, że dorośli też chorują, niekoniecznie na Covid-19, inne choroby przecież nie zniknęły. Czasem nie mogą z różnych powodów wyjść. Znam przypadek, że
9-latek bardzo przytomnie robi zakupy, bo zdarzyła się taka potrzeba. Jesienią zauważyłam dzieci, które zaczęły właśnie same chodzić do szkoły i z niej wracać. Okazało się, że nie zawsze można mieć dzieci cały czas pod kuratelą.
Uzależnienie od cyberprzestrzeni – problem XXI wieku?
Uzależnienie od cyberprzestrzeni – problem XXI wieku? O tym, czy warto robić sobie detoks od smartfona, jak rozpoznać, że nadmierne korzystanie z cyberprzestrzeni to już uzależnienie i jakie konsekwencja ma ono dla psychiki młodzieży i dorosłych, rozmawiamy z doradcą rodzinnym Ewą Żeromską i dr Aleksandrą Piotrowską, psychologiem dziecięcym, pedagogiem z Uniwersytetu Warszawskiego.
„Moja mieszkająca w Kanadzie przyjaciółka prowadzi bogate życie towarzyskie: uwielbia spotykanie się dużych gronach, na przykład w restauracji. Kiedy spotykali się w niepandemicznych czasach, na stole stał koszyk. Do tego koszyka wszyscy wkładali na czas spotkania swoje smartfony. Rozmawiali, patrzyli sobie w oczy. Telefon dzwonił? A niech dzwoni, można oddzwonić później. Taki szybki <detoks>. Objaw zdrowego rozsądku i szacunku dla drugiego człowieka”, mówi Ewa Żeromska. Zaznacza, że cyberprzestrzeń i smartfony są dobrodziejstwem i problemem współczesności równocześnie. Dobrodziejstwem – bo warto docenić to, co świat cyfrowy niesie ze sobą dobrego. Szczególnie w dzisiaj, kiedy cierpimy z powodu izolacji. „Możliwości komunikowania się z innymi osobami w momencie, gdy jesteśmy w izolacji sprawiają, że nie czujemy się wyrzuceni poza nawias życia. Byłoby więcej depresji, a i wychodzenie z choroby, także Covid-19, byłoby bez tego trudniejsze. Zdrowienie jest uzależnione również od stanu psychiki. A izolacja jest dla człowieka więzieniem. Nieważne, że bez celi”, mówi ekspertka.
Uwodziciel internet
Przyzwyczailiśmy się jednak sądzić, że bardzo łatwo wpaść w pułapkę nadmiernego uczestnictwa w wirtualnym świecie. I słusznie. Powszechna dostępność internetu, przynajmniej w Polsce, datuje się na okolice przełomu lat 90 i 2000, i już wtedy naukowcy dostrzegali jego niezwykłą moc uwodzenia. I zatracania się w nim. Andrzej Jakubik w Studia Psychologica (nr 3, 2002r.) podaje, że po raz pierwszy ciemną stronę korzystania
z internetu jako pierwszy prawdopodobnie dostrzegł i opisał nowojorski psychiatra Ivan Goldberg. Odmawiał on jednak stosowania pojęcia uzależnienia, ale niewiele później Kimberly Young, która stała się światową ekspertką od cyberprzestrzeni, pisała już o „uzależnieniu internetowym” i „złapanych w sieć”.
Co powoduje, że nie potrafimy wypuścić telefonu z rąk? „Przede wszystkim możliwość korzystania z niego – nieograniczona i niekontrolowana. Gorzej, jeśli niekontrolowana przez nas samych”, odpowiada Ewa Żeromska, wskazując, że niesie to zagrożenie dla naszych bliskich relacji. „Emocjonalny kontakt z domownikami jest zakłócony w sytuacji, w której rozmawiamy ze sobą, a jednocześnie zanurzeni jesteśmy w świecie cyfrowym. Jesteśmy z dziećmi, mężem, przyjaciółką, a tak naprawdę gdzie indziej”. Bo co powiedzieć o odczuciach dziecka, które siedzi przy stole z matką, która zerka, czy odrabia ono lekcje, ale w tym samym czasie ogląda coś w internecie? Krótko mówiąc: dziecko nie czuje się najważniejsze.
Sygnały alarmowe
Uzależnienie od internetu dziś diagnozuje się i opisuje podobnie jak inne uzależnienia: alkoholizm, narkomanię, hazard. Jest to kompulsywna utrata kontroli impulsów. Wspomniana już badaczka, Kimberly Young, opisała typy uzależnienia od sieci, m.in.: erotomanię internetową, uzależnienie od internetowych kontaktów społecznych, uzależnienie od sieci, przymus pobierania informacji. Stworzyła też test, w którym zawarła pytania, na które połowa twierdzących odpowiedzi oznacza zaistnienie problemu. Zaliczają się do niego pytania m.in. o: odczuwanie silnego pragnienia korzystania z internetu, odczuwanie silnego niepokoju, rozdrażnienia w sytuacji prób ograniczania korzystania z internetu, nieudane próby kontrolowania obecności w sieci. Test, dostępny w internecie, może stać się szybkim narzędziem autodiagnozy.
Destrukcyjna moc
Nie ma takiej sfery życia człowieka, w której uzależnienie, również i to, nie siałoby spustoszenia. Siecioholizm to zaniedbywanie obowiązków: szkoły, pracy. Szkoda dla bliskich relacji. Dr Aleksandra Piotrowska podkreśla, jak silną rolę w pojawianiu się nowych siecioholików, dorosłych, ale przede wszystkim wśród dzieci i młodzieży, odgrywa okres pandemii oraz konieczność pracy i nauki zdalnej. Gdy nauka odbywała się całkowicie w trybie stacjonarnym, czas na internet nadchodził głównie po szkole. Dziś to obowiązkowe godziny w szkole online, a później kilkugodzinna nierzadko aktywność w sieci dla przyjemności. „Liczba godzin spędzanych w cyberprzestrzeni wystrzeliła do góry. Myślę, że jedną z najpoważniejszych konsekwencji pandemii, i nie widzę tu prostego rozwiązania, będzie uzależnienie od internetu. Ze wszystkimi skutkami uzależnienia, czyli pogorszeniem funkcjonowania we wszelkich innych dziedzinach”, mówi ekspertka. Dotyczy to zdrowia fizycznego i psychicznego. Bo wyniki testów sprawnościowych polskich dzieci pogarszają się. A do tego, zaznacza dr Piotrowska, obserwuje się rosnącą liczbę dzieci z zaburzeniami snu. Dotąd była to domena seniorów. „Płytki sen, wybudzanie się w nocy są klasyczną i dobrze już przebadaną konsekwencją zbyt częstego obcowania z ekranami, które emitują światło pobudzające układ nerwowy do funkcjonowania”.
Kolejną istotną kwestią są problemy z nauką. „Konsekwencją nadmiernego korzystania z komputerów są zaburzenia koncentracji uwagi”, uważa psycholog dziecięca. Tłumaczy, że skupiać uwagę na wybranym przedmiocie należy się nauczyć. Od urodzenia dysponujemy uwagą, którą nazywamy mimowolną. Mimowolny charakter mają wszystkie procesy poznawcze małego dziecka – dziecko nie rządzi tym, na co patrzy, czego słucha, o czym myśli, co zapamiętuje. Rozstrzygają o tym zewnętrze czynniki. Mimowolna uwaga jest decydująca mniej więcej do 6-tego roku życia. Wtedy, albo nieco wcześniej, pojawia się uwaga, którą nazywamy zamierzoną lub dowolną. „Wynika ona z intencji dziecka, które postanawia na przykład wsłuchać się w dźwięki ciche, ale takie, które je zainteresowały. Albo wpatrywać się w dany element, wcale nie największy ani nie najbardziej jaskrawy”. Między 5,6 a 11 rokiem życia uwaga zamierzona narasta, aż staje się mniej więcej tak skuteczna jak wcześniejsza rozwojowo uwaga niezamierzona. Kiedy człowiek ma lat naście, uwaga zamierzona powinna być dominująca. Pod warunkiem że dziecko będzie ją ćwiczyć. „Tymczasem przy wielogodzinnym kontakcie z różnego rodzaju ekranami do głosu dochodzi uwaga mimowolna. Ekran sam dba o to, żeby przyciągnąć uwagę. Są dźwięki, kolory, ruch, zmiana” – zaznacza specjalistka.
Potrzebna diagnoza
Jak poznać, że dziecko ma problem z nadmiernym użytkowaniem cyberprzestrzeni? Doktor Piotrowska podkreśla, że największa w tym rola bacznie obserwujących i dobrze znających dziecko rodziców. Radzi, aby zwracać uwagę na to, jakie rodzaje aktywności dziecko wybiera, jeśli do niego należy wybór. Jeśli to zawsze jest: zrobić coś w sieci, to już wyraźny sygnał. Druga sprawa: czy mamy duży kłopot z ustaleniem i przestrzeganiem granic. Czy po tym, jak rodzic ustalił, że dziecko siada przed ekranem tylko na godzinę, dziecko jest w stanie w tym czasie odejść od ekranu i zająć się czymś innym, czy też zaczynają się różnego rodzaju targi. „Są dzieci, które reagują wrzaskiem, wściekłością, agresywnymi zachowaniami na próbę odciągnięcia od ekranu. Mamy już w Polsce przypadek zabicia matki, która, nie wiedząc, jak sobie poradzić, wyciągnęła sznur komputera z kontaktu. Dziecko potraktowało matkę taboretem” – opowiada psycholog.
Smutne dzieci cyberprzestrzeni
Jeśli odwrócimy sytuację, i spojrzymy na rodzinę, w której to dorośli mają kłopot z takim uzależnieniem, znajdziemy tam dzieci po prostu zaniedbane. „A to to też rodzaj przemocy – kiedy rodzice nie starają się zaspokoić podstawowych potrzeb dziecka, bo okazują się one nie tak istotne jak uzależnienie”, mówi dr Piotrowska. Dodaje, że z takich dzieci wyrosną dorośli z tragicznie niską samooceną. Potencjalne ofiary – najpierw w klasie, potem w życiu zawodowym i prywatnym. Bo nie dostały tego, czego również nie dostały dzieci osób uzależnionych od alkoholu czy hazardu – czułości i miłości. Dobrych wspomnień.
Lepiej zapobiegać niż leczyć
…bo leczenie uzależnienia od internetu wymyka się standardom przyjętym w terapii innych uzależnień. „Nie da się postulować tu całkowitej abstynencji. Wciąż jesteśmy więc bardzo słabi w radzeniu sobie z uzależnieniem od sieci”, zaznacza ekspertka. Trudno przecież wyobrazić sobie wiele zawodów przyszłości, które nie wymagałyby bycia online.
A o przyszłość właśnie tu chodzi.
O agresji, która bierze się z lęku
Boimy się, czujemy lęk, frustrację. Więc atakujemy. Jakie są źródła eskalacji agresji? Czy przemoc może wziąć się z lęku? Dlaczego zwłaszcza w ostatnich miesiącach miewamy trudności z kontrolowaniem emocji? Sprawdzamy.
Konsultacja: Katarzyna Sarnicka, psycholog kliniczna, psychoterapeutka, przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Psychologów.
Bydgoszcz, sierpień 2020 roku. Mężczyzna ciosem w twarz powala na ziemię ekspedientkę, która odmówiła obsłużenia go, ponieważ nie miał maseczki. Warszawa, październik 2020 roku. Trzej mężczyźni przewracają na ziemię i biją motorniczą tramwaju, która również zwróciła im uwagę, że nie nosili maseczek. To najbardziej drastyczne przypadki niekontrolowanego wybuchu agresji, ale utarczki słowne, wyzwiska będące reakcją na podobne uwagi są od wielu miesięcy codziennością w sklepach, autobusach, na ulicach.
Specjaliści mierzą się z tłumem pacjentów, co potwierdza Katarzyna Sarnicka, psycholog kliniczny, psychoterapeuta. „To są doświadczenia nie tylko moje, ale i innych psychologów, psychoterapeutów. Jest szturm na prywatne gabinety, różnego rodzaju ośrodki, gdzie można uzyskać pomoc psychologiczną czy terapeutyczną. Osób szukających wsparcia, pomocy jest tak dużo, że psycholodzy często nie są w stanie nawet ich przyjąć, są długie kolejki”.
Ekspertka dodaje, że spektrum trudności jest bardzo szerokie: kryzysy psychiczne o charakterze psychotycznym, zaburzenia depresyjne i lękowe, zaburzenia adaptacyjne, czy reakcja na długotrwały stres. Ośrodki Interwencji Kryzysowej stykają się z kolei z nasileniem przypadków przemocy domowej.
Jak przetrwać
Lęk, strach należy do podstawowych procesów emocjonalnych, u podłoża którego leży kwestia przetrwania i z którą związane są reakcje obrony poprzez ucieczkę lub walkę. Antoni Kępiński, naukowiec, lekarz psychiatra pisał o związku lęku z agresją tak: „Agresja idzie w parze z lękiem, stanowi ona jednocześnie antidotum na lęk. W agresji bowiem człowiek wychodzi z lękowej pozycji zaszczucia i maksymalnego skurczenia się własnej czasoprzestrzeni, ze wściekłością i rozpaczą uderza w świat otaczający”.
Pytając, dlaczego dochodzi do szokujących aktów agresji, chcielibyśmy uzyskać bardzo precyzyjną odpowiedź. Psychoterapeutka jednak zaznacza, że odpowiedź jest wielowymiarowa. Należy sięgnąć do wielu jeszcze kontekstów dzisiejszego funkcjonowania. Jak mówi Katarzyna Sarnicka, obecna sytuacja – pandemiczna – jest wyjątkowa. Dotyczy całego kraju, całego świata. „Narażeni jesteśmy na szereg frustracji i stresów. Znajdujemy się w przewlekłej sytuacji stresowej. Informacyjnie – sytuacja stresu ma trzy etapy: fazę alarmową, przystosowania i fazę wyczerpania. Pojawiają się badania naukowe, które badają reakcje ludzi na tę niezwykłą sytuację. Wyniki tych badań będziemy mieli za jakiś czas, ale już mamy informacje mówiące o wysokim poziomie stresu u wielu osób, który nasila zaburzenia w codziennym funkcjonowaniu”.
Poczucie braku
Mamy szereg obostrzeń, ograniczeń, które bardzo niekorzystnie wpływają na nasze funkcjonowanie w środowisku zawodowym i prywatnym. Przebywanie w izolacji oddziałuje negatywnie na nasz stan fizyczny i psychiczny. Pogarszają się nasze relacje rodzinne – kiedy wszyscy domownicy są wciąż ze sobą z powodu zdalnej pracy i zdalnego nauczania. Bardzo mocno zostały ograniczone nam rozrywki. „To wszystko powoduje narastającą frustrację. Możliwość wyjścia do kina, teatru, na koncert, basen, siłownia, spotkania z przyjaciółmi były formami odreagowania, uporania się ze stresem. To zostało nam właściwie <zabrane>z powodu lockdownu. I powoduje narastającą frustrację”.
Psychoterapeutka nazywa to fachowo stanem deprywacji, czyli braku czegoś, niezaspokojenia określonej potrzeby. „Dla wielu ludzi taka zmiana jest czymś bardzo trudnym. Powodować może nawet pojawienie się czy nasilenie zaburzeń psychicznych. Mogą to być poważne kryzysy psychiczne wymagające intensywnego leczenia psychiatrycznego, jak również inne problemy emocjonalne”, mówi ekspertka. I dodaje, że jeśli chodzi o wyżej wymienione osoby, które dopuściły się aktów agresji, można przypuszczać, że rzeczywiście dały upust swojej frustracji. „Sytuacja zwrócenia uwagi na brak maseczki jest zwyczajna, zgodna z przepisami, ale prawdopodobnie te osoby słabo kontrolowały swoje emocje, dlatego odreagowały frustrację w sposób nieadekwatny”.
Raz lepiej, raz gorzej
Czy te gwałtowne zachowania to symptom fazy wyczerpania? „Myślę, że tak, wszyscy są zmęczeni i wyczerpani przedłużającą się sytuacją pandemii. Oczywiście zdarzają się momenty, w których jest lepiej, tak było w okresie wakacyjnym, czy w Święta, był to czas odpoczynku z rodziną. Przyszedł Nowy Rok, mieliśmy nadzieję na szczepionkę, ale teraz okazało się, że dostawy są ograniczane, więc znowu wiele osób poczuło niepewność, niepokój, czy zostaną zaszczepieni. Nie widać końca obostrzeń, nadal jest zdalna nauka, zdalna praca. Brakuje nadziei”. Psychoterapeutka zwraca również uwagę na to, o czym mówi się mniej – że związane z pandemią problemy wiążą się z większą ilością przypadków uzależnień, na przykład nadużywaniem alkoholu czy innych środków psychoaktywnych. Ludzie zaczynają radzić sobie ze stresem, pocieszając się alkoholem. „Nie jadę samochodem, pracuję zdalnie, to kto mnie sprawdzi, że sobie popijam?”. A uzależnieniom może towarzyszyć skłonność do agresji.
Za zamkniętymi drzwiami domów
Problem przemocy istnieje cały czas, był przed pandemią, jest i będzie nadal. Jednak w tym szczególnym okresie pojawiają się wraz z nim dodatkowe trudności. Dajmy przykład, proponuje specjalistka: jeden z małżonków stosuje przemoc. Do tego dochodzi alkohol. Rodzina jest w kwarantannie. Przyjeżdża policja czy inne służby, aby sprawdzić, czy rzeczywiście dana osoba przebywa w izolacji. Jednak ofiara przemocy jest tak zastraszona przez sprawcę, że nic funkcjonariuszom nie zgłasza, a oboje małżonkowie przebywają ze sobą w domu non stop. „I to jest wyjątkowo trudne, bo jeśli sprawca przemocy wychodzi z domu do pracy, to ofiara, ofiary – bo myślę tu również o dzieciach – mają szansę odetchnąć, spotkać się z innymi ludźmi, dać sygnał, że coś się dzieje”.
Dzieci, które zniknęły
Katarzynę Sarnicką niepokoi jeszcze jedno: „Najbardziej należy się martwić o dzieci i młodzież, szczególnie że mamy wśród nich coraz więcej przypadków samobójstw. Istnieją również dane mówiące o tym, że w momencie rozpoczęcia nauki zdalnej wiele dzieci zniknęło z systemu nauczania. Nie wiadomo, co się z tymi dziećmi dzieje. Przestały się kontaktować z rówieśnikami, ze szkołą, nie logowały się na zajęcia, ze szkołą nie kontaktowali się również rodzice. Te fakty powinno się nagłaśniać. Mówić o tym, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami domów”.
Reaguj. Zawsze.
We Francji i Hiszpanii wprowadzono możliwość, aby ofiary domowej przemocy domowej, bojące się dzwonić przy swoim oprawcy na policję, mogły zgłosić dyskretnie swoją sytuację w aptece, której pracownicy powiadomią odpowiednie służby. Wystarczy użyć specjalnego hasła: „Maska numer 19”. „Z jednej strony pomysł wydaje mi się ciekawy, ale mam poczucie, że mimo lęku, które odczuwają ofiary, najbardziej skuteczne jest zawiadomienie o przemocy policji, prokuratury, założenie <niebieskiej karty>”, podkreśla specjalistka. Sprawca dowiaduje się w ten sposób, że nie jest bezkarny. Otrzymuje konkretną informację. Wymaga to oczywiście przełamania przez ofiarę lęku, wstydu. Ale działa. „Moje doświadczenie płynące z pracy z ofiarami przemocy jest takie, że właśnie postawienie granicy i zgłoszenie do odpowiednich służb zwykle jest najskuteczniejsze”, dodaje Sarnicka.
Chcąc pomóc osobie doświadczającej przemocy trzeba znaleźć w sobie wiele empatii, wrażliwości i taktu. Psychoterapeutka proponuje, aby nie naciskać zbyt mocno, nie narzucać się, ale pozostawić możliwość, mówiąc: „Widzę, że coś się dzieje. Jeśli zechcesz porozmawiać, to pamiętaj, że jestem, możesz zadzwonić do mnie w każdej chwili”. Można też podejść edukacyjnie, powiedzieć, gdzie poprosić o pomoc, zostawić jakieś ulotki, nawet jeśli w pierwszej chwili ofiara przemocy z powodu wstydu odrzuca temat. Ale może później to przemyśli. „Zradza się, że dana osoba pomimo próby pomocy ze strony rodziny, przyjaciół, potrzebuje bardzo dużo czasu, żeby dojrzeć do mówienia. Są też i takie przypadki – kiedy widzimy pobicie, szczególnie w przypadku dzieci – kiedy zgłoszenie na policję jest nieodzowne, obowiązkowe. Również dotyczy to osób pełnoletnich, mogących o sobie decydować, jeśli wiemy, że spotkał je drastyczny przypadek agresji, zagrożone jest ich zdrowie i życie”.
Ofiara. To słowo nie ma płci
Do gabinetu pani psycholog zgłaszają się i kobiety, i mężczyźni, doświadczający przemocy. Fizycznej, ekonomicznej, słownej. Da się wyłonić wspólny mianownik, który łączy te osoby. Zazwyczaj jest to dzieciństwo. Ekspertka wymienia jego cechy: jeśli dana osoba wychowywała się w domu, w którym dochodziło do przemocy – niekoniecznie fizycznej, ale psychicznej, to jest ona bardziej podatna na stanie się ofiarą przemocy w życiu dorosłym. Jeżeli mężczyzna czy kobieta wychowywali się w środowisku mało bezpiecznym emocjonalnie, mają niskie poczucie własnej wartości, to wydaje im się, na nic lepszego nie zasługują. Osoby mało odporne psychicznie, mniej zaradne życiowo, mogą popadać w wyuczoną bezradność i stać się bardzo zależne od sprawcy przemocy. Szczególnie gdy nie mają wsparcia w środowisku rodzinnym czy wśród przyjaciół. Wówczas wierzą bezkrytycznie w ciągłe obietnice poprawy, albo w to, że partner mówi: „to dlatego, że tak bardzo cię kocham”, albo: „przepraszam, straciłem panowanie nad sobą, ale to z zazdrości”. Wierzą w obietnice poprawy, ale niestety jest to złudne.
Z historii mężczyzn, którzy trafili do jej gabinetu, terapeutka wymienia historię, w której mąż doświadczał ze strony żony agresji słownej i ogromnej kontroli pod każdym względem. Kobieta robiła mu wielkie awantury chociażby z tego powodu, że zrobił sobie w kuchni kanapkę i zostawił okruszki na blacie. Ten mężczyzna miał niskie poczucie własnej wartości, czuł się gorszy, ponieważ miał wykształcenie zawodowe, a jego żona miała wyższe wykształcenie. Ona lepiej radziła sobie w życiu, lepiej zarabiała, a on czuł się stłamszony i podporządkowany. Powielił więc jeden z klasycznych scenariuszy losu ofiary, przerywając go jednak w jedyny słuszny sposób: poprosił o pomoc.
Pomoc profesjonalna a wsparcie społeczne
Zapewne każdy z nas słyszał kiedyś zdania „po co komu psycholog?” albo „kiedyś wystarczyło mieć przyjaciela”. Takie wypowiedzi są stygmatyzujące dla osób, które korzystają z pomocy psychologicznej. Oczywiście, wsparcie ze strony osób w naszym otoczeniu jest bardzo ważne i może wspomagać proces zdrowienia, jednak zdarzają się sytuacje, kiedy to za mało, dlatego nie można negować potrzeby profesjonalnego wsparcia. Dla części osób wsparcie bliskich będzie wystarczające, natomiast w wielu sytuacjach potrzebny jest również kontakt ze specjalistą.
Czym się różni pomoc profesjonalna od wsparcia bliskich?
Wsparcie społeczne stanowi podstawę niemal każdego procesu pomagania. Tym, co różni od siebie poszczególne formy pomocy, są kompetencje osoby udzielającej wsparcia oraz role poszczególnych uczestników kontaktu. Jednym z rodzajów takiego wsparcia jest pomoc nieprofesjonalna, udzielana przez rodzinę, znajomych czy w miejscu pracy. Dla niektórych osób znaczące będą relacje sąsiedzkie lub kontakty z większą społecznością, jak stowarzyszenia, grupy rówieśnicze czy wspólnoty religijne. Wsparcie społeczne najczęściej opiera się na istniejących między ludźmi relacjach. Nie ma w nim konkretnych zasad i zwykle jest udzielane spontanicznie. Podobieństwo doświadczeń między ludźmi w takiej relacji ułatwia komunikację oraz wspomaga w przezwyciężaniu trudności. W niektórych sytuacjach już sama troska i chęć drugiej osoby, by udzielić wsparcia, potrafi dać nadzieję i poprawić samopoczucie. Doświadczenie akceptacji oraz możliwość bycia wysłuchanym sprawiają, że łatwiej jest radzić sobie z problemami. Ograniczeniem wsparcia społecznego jest brak obiektywizmu względem bliskiej osoby, jak również często niedostateczna wiedza i kompetencje w zakresie pomagania. Specyficzną formą pomocy nieprofesjonalnej są różnego rodzaju grupy samopomocowe, jak np. środowisko Anonimowych Alkoholików lub grupy wsparcia dla osób zmagających się z przewlekłymi chorobami.
Drugi rodzaj wsparcia społecznego to pomoc profesjonalna, której udzielają osoby posiadające specjalistyczne wykształcenie, wiedzę w zakresie metod pomagania, praktyczne przygotowanie oraz odpowiednie kompetencje, jak np. psycholog. W tym przypadku relacja ma bardziej określoną strukturę i opiera się na konkretnych założeniach. Spotkania z osobą udzielającą pomocy mają ustalone ramy czasowe, metody i cele, a między uczestnikami takiego kontaktu nie ma żadnych osobistych zależności, co pozwala na większy obiektywizm osoby pomagającej. Wszystkie te kwestie reguluje kontrakt między profesjonalistą a wspomaganym. W pomocy psychologicznej czynnikiem warunkującym skuteczność wsparcia jest przede wszystkim relacja pomocowa powstająca między psychologiem a klientem, dopiero później znaczenie ma motywacja czy stosowane metody. Wśród działań profesjonalnych można wyróżnić psychoedukację, psychoprofilaktykę i promocję zdrowia, psychologiczną rehabilitację osób niepełnosprawnych, poradę psychologiczną, interwencję kryzysową, a także psychoterapię.
Jaką formę pomocy psychologicznej wybrać?
To pytanie, które zadaje sobie wiele osób. Do wyboru mamy różne metody w zależności od oczekiwań i przejawianych trudności.
Psychoedukacja – jest skierowana przede wszystkim do osób zdrowych; jej celem jest pogłębianie wiedzy dotyczącej ludzkiej psychiki oraz rozwijanie własnych kompetencji. Może przyjmować różne formy, od artykułów i filmów, po szkolenia oraz treningi różnych kompetencji.
Psychoprofilaktyka i promocja zdrowia – działania psychologów mające na celu zapobieganie problemom psychicznym poprzez działania edukacyjne, promowanie dobrych nawyków czy działalność konsultacyjna. W dużej mierze związana jest z psychoedukacją.
Poradnictwo psychologiczne – stanowi metodę pracy z osobami zdrowymi, doświadczającymi w swoim życiu przejściowych trudności. W przeciwieństwie do psychoterapii ma charakter krótkoterminowy. Skupia się na rozwoju zasobów psychicznych oraz lepszym przystosowaniu do zmian życiowych. Poza poradnictwem indywidualnym można wyróżnić również poradnictwo małżeńskie oraz grupowe.
Interwencja kryzysowa – krótkoterminowa forma pomocy osobom, które doświadczyły nagłego kryzysu, jak np. śmierć bliskiej osoby, wypadek, utrata pracy, choroba itp. Interwencja powinna zostać podjęta jak najszybciej po wystąpieniu zdarzenia wywołującego kryzys i trwa do około 5 tygodni po zdarzeniu. Jej celem jest wypracowanie mechanizmów radzenia sobie z zaistniałą sytuacją oraz potencjalnymi trudnościami w przyszłości, a także poprawa stanu osoby w kryzysie. Profesjonalista podczas interwencji jest bardziej dyrektywny niż w przypadku innych form pomocy psychologicznej. Podczas spotkań istotna jest nauka redukowania napięcia, odnajdywanie własnych zasobów, które mogą pomóc w rozwiązaniu problemu oraz próba wykorzystania kryzysu jako możliwości rozwoju.
Psychoterapia – to oparta na wiedzy psychologicznej i umiejętnościach psychoterapeuty metoda leczenia zaburzeń psychicznych oraz rozwiązywania różnego rodzaju trudności życiowych. Wykorzystuje naukowo potwierdzone metody kliniczne oraz relację między terapeutą a pacjentem w celu wprowadzania zmian w funkcjonowaniu emocjonalnym, poznawczym, społecznym oraz behawioralnym. Ponadto wspomaga rozwój osobowości, prowadzi również do zmiany negatywnych wzorców zachowania i poprawy jakości życia pacjenta. W zależności od przyjętej koncepcji teoretycznej i leżącego u jej podłoża rozumienia zdrowia i choroby, można wyodrębnić różne systemy psychoterapeutyczne. Najpopularniejsze z nich to: psychoterapia psychodynamiczna, poznawczo-behawioralna, humanistyczno - egzystencjalna oraz systemowa. Każdy z nich w nieco inny sposób postrzega człowieka i jego trudności, a co za tym idzie, wykorzystuje inne techniki rozwiązywania problemów. Poza psychoterapią indywidualną wyróżnia się również psychoterapię par, rodzinną oraz grupową. Ta ostatnia okazuje się dla wielu osób bardzo skuteczna ze względu na to, że poza oddziaływaniami terapeutycznymi stosowanymi przez profesjonalistę, duże znaczenie mają także interakcje między uczestnikami spotkań. Taka forma łączy w sobie pozytywne aspekty grup samopomocowych, jak wymiana doświadczeń i wzajemna motywacja, z możliwościami, które daje pomoc profesjonalna.
Psychologiczna rehabilitacja osób niepełnosprawnych – są to złożone oddziaływania psychologa, które mają na celu wspomaganie funkcjonowania osób z różnego rodzaju niepełnosprawnościami. Istotne jest tutaj przełamywanie psychologicznych barier osoby z niepełnosprawnością, nauka i rozwijanie umiejętności pomocnych w codziennym życiu, jak również lepsze przystosowanie do otoczenia. Metody pracy są dostosowane do specyficznych trudności danego człowieka.
Istnieje wiele różnych możliwości uzyskania pomocy, zarówno profesjonalnej, jak i nieprofesjonalnej. Każda z nich może być skuteczna, jeśli zostanie właściwie dobrana do potrzeb osoby poszukującej wsparcia.
Warto zastanowić się, jaka forma pomocy może w największym stopniu spełniać nasze oczekiwania. A jeśli wśród naszych bliskich znajduje się ktoś, kto korzysta z usług specjalisty, z pewnością przyda mu się okazanie życzliwości i wsparcia.
Psychodietetyk - czym się dokładnie zajmuje i kiedy się do niego zwrócić o pomoc?
W zdrowiu i w chorobie
Psychologia jako nauka stara się poznawać specyficzne czynniki, dzięki którym powrót do zdrowia może być łatwiejszy lub też utrudniony. Opisuje sposoby, w jakie tło psychologiczne wpływa na proces rekonwalescencji. Bada także tak zwane czynniki ochraniające, czyli takie właściwości i cechy osób (ale także ich otoczenia), dzięki którym jedni ludzie są mniej podatni na poszczególne choroby niż inni. Następnie wnioski z takich badań stara się przełożyć na konkretne techniki terapeutyczne. Jedną z dziedzin, która znacząco rozwija się dzięki wykorzystaniu wiedzy psychologicznej jest właśnie dietetyka. Osoby zajmujące się psychodietetyką badają zależności pomiędzy spożywanym przez ludzi pokarmem a ich samopoczuciem i zdrowiem – zarówno fizycznym, jak i psychicznym.
Czym różni się dietetyk od psychodietetyka?
Przede wszystkim holistycznym (całościowym) podejściem do kwestii żywieniowych i zaburzeń odżywiania się. Psychodietetyk jest osobą, która ukończyła specjalistyczne studia podyplomowe, dzięki którym posiada wiedzę nie tylko z zakresu żywienia i dostosowywania diety do zapotrzebowania danej osoby, ale także wiedzę psychologiczną, dzięki której odkrywa stojące za zachowaniami żywieniowymi motywy oraz indywidualne potrzeby klienta. Skupia się nie tylko na doborze odpowiedniej diety, ale także proponuje konkretne sposoby na zmianę obecnych nawyków i przy wykorzystaniu różnorodnych technik terapeutycznych
i ćwiczeń pomaga wprowadzić nowe zalecenia w życie. Wyciąga wnioski z historii pacjenta w przypadku problemów przewlekłych i dzięki takiej pogłębionej analizie pomaga wprowadzić trwałą zmianę.
Z jakimi osobami pracuje psychodietetyk?
Głównie są to osoby z różnego rodzaju zaburzeniami wagi, takimi jak niedowaga, nadwaga czy otyłość – szczególnie w przypadkach, kiedy poprzednie terapie i próby zmiany wagi nie przyniosły trwałych, oczekiwanych skutków. Przyczyna takiego niepowodzenia może niekoniecznie wynikać z samego sposobu odżywiania czy nieodpowiedniego wykonywania ćwiczeń fizycznych – często może mieć nieuświadomione podłoże psychiczne, które dzięki czujnej obserwacji i dogłębnemu wywiadowi może odkryć psychodietetyk. Zajmuje się on również pacjentami przejawiającymi różnego rodzaju zaburzenia odżywania, takie jak anoreksja, bulimia czy zespół gwałtownego objadania się. Można powiedzieć, że w takich przypadkach specjalista spełnia dwie różne funkcje – zarówno dietetyka jak i terapeuty. Osoby mające problem z akceptacją własnego ciała także mogą znaleźć potrzebną pomoc u psychodietetyka.
Kiedy zwrócić się o pomoc do psychodietetyka?
Wtedy, kiedy czujemy, że wprowadzanie zmian wyłącznie w zakresie diety i nawyków żywieniowych nie przynosi pożądanych skutków. Kiedy czujemy, że problemem może być coś więcej niż kwestie odżywiania się. Kiedy poprzednie konsultacje, restrykcje i próby zmiany wagi nie przyniosły rezultatów. Kiedy początkowy sukces nas opuścił, a ciało wróciło do stanu pierwotnego w postaci tak zwanego efektu jo-jo. Kiedy chcemy zmienić swój sposób odżywiania się, ale brakuje nam odpowiedniej wiedzy czy też wsparcia i motywacji do działania. Kiedy czujemy, że tracimy kontrolę nad jedzeniem: zajadamy emocje, nie możemy zasnąć „na pusty żołądek”, albo kiedy lęk paraliżuje nas do tego stopnia, że tracimy całkowicie apetyt.
Emocje a odżywianie się
Bardzo ważną rolę w sposobie odżywiania się pełnią procesy emocjonalne, więc kiedy widzimy, że nie sprawujemy nad nimi pełnej kontroli możemy skonsultować się z psychodietetykiem. Emocje mają ogromny wpływ na ilość spożywanego przez nas pokarmu, a co za tym idzie – ryzyko rozwoju zaburzeń odżywiania, nadwagi oraz otyłości. Kluczową rolę w zapobieganiu podjadaniu pełni odpowiednie radzenie sobie z własnymi emocjami..
Motywacja do zmian
Psychodietetyk pomoże nam zmienić nie tylko nasze zachowanie, ale także sposób myślenia o swoim ciele i diecie samej w sobie. Przygotuje nas na zmiany i stworzy nam bezpieczną przestrzeń do samorealizacji – wzbudzi motywację do działania. Może także pomóc nam uzmysłowić sobie co tak naprawdę powoduje chęć zmiany. Jaka jest faktyczna przyczyna potrzeby modyfikacji naszej wagi i wyglądu ciała oraz czy taka zmiana jest w ogóle konieczna. Czasami kierujemy się motywami zewnętrznymi, takimi jak: opinia innych, obelgi i przytyki, pochopne ocenianie, traktowanie z góry czy wręcz wymuszanie zmiany przez osoby bliskie. Ważne jest wytworzenie wewnętrznej motywacji: to ja chcę coś zmienić, chcę to zrobić dla siebie, chcę pomóc sobie, chcę poprawić swoją kondycję fizyczną i stan zdrowia, to ja jestem tutaj postacią pierwszoplanową – ja o sobie decyduję i ja od siebie wymagam.
Jak pracuje psychodietetyk?
Jak już wspomniano wcześniej psychodietetyk przede wszystkim patrzy na problem całościowo. Nie skupia się na jednym wymiarze – interesuje go zarówno charakterystyka funkcjonowania w zakresie odżywiania się, jak i psychiczne uwarunkowania problemów. Sprawdza też możliwości danego klienta: gotowość do zmian, poziom motywacji i jego własną, subiektywną interpretację problemu. Stosuje podejście indywidualne, więc w zależności od rodzaju problemu i towarzyszących mu trudności współpraca może wyglądać inaczej. Czasem wystarczy sama edukacja żywieniowa, innym razem potrzebna jest całkowita zmiana nawyków. Jeśli problem ma podłoże psychologiczne, psychodietetyk stara się zgłębić jego źródła, takie jak: funkcjonowanie emocjonalne, radzenie sobie ze stresem, asertywność, samoocena. Różny może być zatem czas spotkań i ich częstość. Ogromne znaczenie ma oczywiście samodzielna praca klienta poza gabinetem, czyli konkretne ćwiczenia i „zadania domowe.”
Style więzi wykształcone w dzieciństwie a satysfakcja ze związku w dorosłości
Czy style więzi wykształcone w dzieciństwie mają wpływ na satysfakcję ze związku w dorosłości i dobór partnerów?
Źródłem zdolności interpersonalnych są doświadczenia z dzieciństwa, które są uzależnione od stosunków z rodzicami bądź opiekunami. To właśnie kontakt z osobami najbliższymi (rodzicami lub opiekunami) w tym okresie kształtuje umiejętności do nawiązywania i utrzymywania prawidłowych więzi z drugim człowiekiem. Już za chwilę dowiesz się, jaki styl reprezentujesz i co to oznacza dla Twojego związku. Wiedza ta może w znaczący sposób przyczynić się do polepszenia satysfakcji w Twojej relacji i przede wszystkim pomóc zrozumieć, dlaczego czasem postępujesz tak, a nie inaczej.
Na początek trochę historii…
Podział na style przywiązania wywodzi się z psychologicznej teorii więzi, którą zapoczątkował John Bowlby - brytyjski lekarz i psychoanalityk, podczas obserwacji dzieci oraz ich opiekunów. W zależności od relacji, jaka ich łączyła, wyróżniono trzy style: bezpieczny, lękowy oraz unikający. Kluczowym elementem dla powstawania określonego stylu jest dostępność rodzica oraz tego, w jaki sposób reaguje na potrzeby dziecka. Wykształcony styl może powracać w bliskich relacjach romantycznych w dorosłym życiu i wpływać znacząco na ich jakość.
Styl bezpieczny
Styl bezpieczny opiera się na poczuciu bezpieczeństwa. Jeśli rodzic dostępny jest dla dziecka i zawsze reaguje np. na jego płacz, wtedy dziecko kształtuje w sobie poczucie bezpieczeństwa. Dzięki temu ufa matce, czuje się bezpieczne i ma pewność, że matka zawsze będzie odpowiadać na jego potrzeby. A jak to się przekłada w życiu dorosłym?
Osoby o stylu bezpiecznym mają elastyczne spojrzenie na związek. Nie martwią się zbytnio o to, że mogą stracić czyjeś uczucie, a co więcej nie poddają się zagrażającym myślom związanym z ich związkiem. Oznacza to, że nie muszą wykonywać żadnego wysiłku, aby tłumić myśli związane ze stratą, rozstaniem, czy zagrożeniem. Podczas kłótni będą dążyć do kompromisu. Nie boją się krytyki. Są więc w stanie przemyśleć na chłodno swoje postępowanie i w razie potrzeby zmienić swoje zachowania, czy też poglądy. Skutecznie komunikują się z partnerem. Nie boją się zaangażowania ani zależności. Nie bawią się w gierki, nie udają i nie manipulują drugą osobą. Bliskość nie sprawia im większego problemu, dobrze się z nią czują i potrafią szukać jej również u ukochanej osoby. Zazwyczaj zakładają, że ich partner ma dobre intencje, więc szybko wybaczają, nawet jeśli zostaną zranieni. Partnera traktują z miłością i szacunkiem. Na wczesnym etapie mają potrzebę przedstawienia partnera rodzinie i przyjaciołom. Wierzą, że potrafią zmienić swój związek na lepsze, dzięki pozytywnym przekonaniom na własny i innych temat. Czy to oznacza, że osoby reprezentujące bezpieczny styl zawsze są uśmiechnięte, najbardziej lubiane i towarzyskie? Oczywiście, że nie. Osoby te nie wyróżniają się na tle innych stylów ani cechami zewnętrznymi, ani cechami osobowości. Pasują często do bardzo różnorodnych osobowości. Mogą być introwertykami bardzo nielubiącymi nawiązywania nowych relacji lub ekstrawertykami, którzy znają połowę miasta. To, ile osób znamy lub poznajemy, nie ma wpływu na to, jakiej jakości i długości będą to relacje.
Styl lękowy
Ponownie wracamy do okresu wczesnego dzieciństwa. Dziecko o stylu lękowym jest rozchwiane emocjonalnie. Co to oznacza? Raz czuje się kochane przez rodziców, a raz zupełnie niepotrzebne. Takie zachowania wynikają z braku pewności dziecka, że matka będzie pomocna i zareaguje na jego potrzeby, przez co stale będzie upewniało się, czy jest obecna. Stylu lękowym towarzyszy silny lęk przed rozstaniem. Przejdźmy zatem do dorosłości…
U osób o lękowym stylu przywiązania system ten jest wyjątkowo wrażliwy. Mają one predyspozycje do wyczuwania wszelkich zagrożeń związanych z ich związkiem. Najmniejszy znak stanowiący o tym, że coś może być nie tak, potrafi uruchomić lawinę myśli prowadząc do odczuwania niepokoju. Są bardzo czujne na zmiany emocjonalne innych ludzi, co związane jest z równie szybkim wyciąganiem pochopnych wniosków. Kiedy system przywiązania się aktywuje, dochodzi do uruchomienia strategii aktywujących, które mają na celu odzyskanie bliskości partnera. Strategie aktywujące to myśli i odczucia takie jak:
- Zauważanie jedynie pozytywnych cech partnera, stawianie go na pierwszym miejscu i umniejszanie własnej wartości,
- Przekonanie, że to jedyna szansa na miłość,
- “Jakie są szanse na to, że znajdę kogoś takiego jak on/ona?”,
- “Mogą minąć lata, zanim poznam kogoś nowego, zawsze będę sam/sama”,
- “Jeśli mnie zostawi, zmieni się we wspaniałego partnera dla kogoś innego”.
Życie w takim chronicznym pobudzeniu jest bardzo trudne. Takim osobom niestety nie łatwo jest znaleźć szczęście w związku. W sytuacji niepewności osoba lękowa potrzebuje, chociaż minimalnego zapewnienia, że wszystko jest w porządku. Inaczej negatywne myśli narastają i coraz trudniej jest uspokoić system przywiązania. Osoby te w sytuacji zagrożenia uruchamiają zachowania protestacyjne. Należą do nich takie czynności jak: dzwonienie, pisanie i wyczekiwanie na telefon partnera, kręcenie się wokół jego miejsca w pracy w nadziei na spotkanie. Wszystko po to, aby ponownie nawiązać kontakt. Do zachowań protestacyjnych należy również wycofywanie się i prowadzenie „rachunków”, czyli siedzenie w ciszy, udawanie, że jest się zajętym czymś innym, odwracanie się plecami i ignorowanie partnera lub zwracanie uwagi na to, ile czasu zajęło drugiej osobie odpisanie na wiadomość, czy oddzwonienie. Oczekiwanie, aż druga osoba pierwsza wyciągnie rękę na zgodę i udawany brak zainteresowania, dopóki to nie nastąpi. “Jeśli ona nie odbiera moich telefonów to ja się jej nie nagram”- Znasz to? Mogą również wystąpić wrogie zachowania takie jak wywracanie oczami podczas rozmowy, odwracanie wzroku, wychodzenie z pokoju w połowie zdania partnera. Zachowania protestacyjne to również grożenie odejściem, które ma na celu wymuszenie na partnerze, aby nas przed tym powstrzymał. Są to też próby wywołania zazdrości (umawianie się z ex, opowiadanie o tym kto nas podrywał i w jaki sposób). Wszystkie te działania mają na celu ponowne nawiązanie kontaktu z ukochaną osobą i zwrócenie na siebie jego uwagi. Takie zachowania mogą oczywiście zaszkodzić związkowi.
Styl unikający
Styl unikający kształtuje się w dziecku w momencie, gdy rodzic jest dla niego niedostępny i kara je za próby nawiązania bliskiego kontaktu, przez co u dziecka pojawia się poczucie odrzucenia i silny strach przed matką. Osoby o unikającym stylu przywiązania często są postrzegane jako samotni wędrowcy, samowystarczalni i niezależni. Trzymanie ludzi na dystans jest tutaj kluczowe. Unikające osoby mogą uważać potrzeby bliskości za słabość i patrzeć na osoby o innych stylach, jak na więźniów zależnych od innych. Będą mieć skłonność do tłumienia emocji. Swoich partnerów będą postrzegać jako osoby o zbyt wygórowanych potrzebach. Nawet będąc w związku, będą odczuwać głęboką samotność. Wiąże się to z brakiem akceptacji partnera. Poczuciem, że zostało się złapanym w pułapkę lub uporczywym wspomnieniem czasów, gdy było się singlem. Osoby o unikającym stylu przywiązania będą używać strategii dezaktywacyjnych, które mają na celu tłumienie poczucia bliskości. Należą do nich myśli i zachowania takie jak:
- “Nie jestem gotowy na to, aby się zaangażować”, jednocześnie pozostając w związku pomimo wszystko
- Skupianie się nawet na drobnych niedoskonałościach partnera: jego ubiorze; sposobie, w jaki się wypowiada, porusza itp.
- Wspominanie poprzednich związków,
- Flirtowanie z innymi osobami,
- Nie mówienie „kocham Cię”, jednocześnie pokazywanie swoich uczuć czynami,
- Gdy wszystko zaczyna iść dobrze, wycofywanie się np. niedzwonienie przez kilka dni po udanej randce,
- Tworzenie relacji z osobami, z którymi związek w przyszłości jest niemożliwy,
- Wyłączanie się, gdy partner przemawia,
- Posiadanie własnych tajemnic, unikanie kontaktu fizycznego np. chodzenie kilka kroków przed partnerem, niechęć do seksu, aby zachować poczucie niezależności.
Jest to więc walka, którą taka osoba toczy, aby tłumić skutecznie swoje pragnienie bliskości. Zarówno osoba o stylu unikającym jak i jej partner mogą być w swoim związku nieszczęśliwi, co przekłada się na znaczne zmniejszenie jakości życia.
Styl, jaki wykształcimy w dzieciństwie, może utrzymywać się przez całe nasze życie. Każdy z trzech stylów charakteryzuje się innymi zachowaniami w romantycznych relacjach. Styl określa nasz stosunek do bliskości i sposobów, w jaki się komunikujemy z drugą osobą. Osoby reprezentujące dany styl będą mieć również inne oczekiwania względem partnera i ich relacji. Sposób rozwiązywania konfliktów, komunikowania swoich pragnień i potrzeb również będzie się różnić.
Style więzi a satysfakcja w związku
Już wiesz, jaki jest Twój styl przywiązania? Jesteś bezpieczny, lękowy a może unikający? Jeśli tak to przejdźmy teraz do przedstawienia zależności pomiędzy stylami więzi a satysfakcją ze związku. Uspokajamy! 😊 Reprezentując każdy ze stylów można mieć satysfakcjonujący związek. Osoby o stylu bezpiecznym łatwiej jednak będą tę satysfakcję osiągać. I to właśnie takie związki mają największą szansę powodzenia. Jeśli chociaż jeden z partnerów reprezentuje bezpieczny styl przywiązania - relacja ta będzie bazowała na bliskości i szczerości. Pamiętaj, że nad stylem można pracować, a nawet zmienić go na inny! Nie przejmuj się więc jeśli zauważyłeś, że najbliżej Ci do stylu lękowego czy unikającego. Możliwe to jest dzięki pracy nad naszymi schematami, poznaniu i zrozumieniu specyfiki swojego stylu, a także rozmowa z partnerem na ten temat. Sama wiedza skąd biorą się te mechanizmy, skutecznie zmniejsza lęk obojga partnerów.
Jakie style się przyciągają?
Kiedy potrzeby bliskości dwóch osób wzajemnie się wykluczają, wówczas relacja ta może być mało satysfakcjonująca. Osoba o stylu unikającym może czuć się przytłoczona ilością bliskości osoby lękowej. Żadne z nich nie będzie czuło się w takiej relacji dobrze. Partner lękowy może być w tym wypadku zmuszony do pójścia na pewne ustępstwa. Związek lękowo-unikający jest więc dużym wyzwaniem.
A jak bliskość wpływa na nasze zdrowie?
Potrzeba bliskości ważna jest nie tylko u dzieci. Przywiązanie z innymi ludźmi jest bardzo istotne na każdym etapie naszego życia i prowadzi do fizjologicznej jedności z daną osobą. Jest to siła, która niesie ze sobą wiele korzyści. Partner może regulować nasze ciśnienie krwi, tętno, oddech i poziom hormonów. Więź z inną osobą znacząco wpływa na nasze samopoczucie zarówno psychiczne jak i fizyczne.









